Murder by television [1935]

W historii ludzkosci nowosci technologiczne traktowane jako cos nieznanego, obnoszac sie do nich z dystansem. Pierwsze samoloty pasazerskie nie byly pozbawione wad konstrukcyjnych, a korzystania z radia samochodowego przestrzegal rzad USA argumentujac to tym, ze … mozna zasnac i spowodowac tym samym wypadek samochodowy. Wiekszosc nowosci tdchnologicznych odbierana i przedstawiana byla jako cos co moze zagrazac zdrowiu i zyciu czlowieka. Nawet gdy po raz pierwszy zaprezentowano odbiornik telewizyjny w 1927 roku nie zdawano sobie sprawy z pelni mozliwosci tego nowatorskiego medium.

W roku 2017 mozna smialo powiedziec, ze telewizja przebila szara rzeczywstosc nadajac jej calkiem nowy ksztalt czego najlepszym dowodem byly wielogodzinne transmisje live prezentujace najwieksze ludobojstwo XXI wieku czyli atak na wieze World Trade Center 11 wrzesnia 2001 roku. Te niebezpieczenstwo deprecjonowania nie tyle juz samego zycia czy smierci czlowieka, ale postrzeganie jego wartosci w  rzeczywistosci. Czlowiek w odbiorniku telewizyjnym zostal sprowadzony do roli ducha, ktorego smierc coraz rzadziej (prezentowane egzekucje Saddama Husajna czy Muomarra Kaddafiego doskonale ta teze potwierdzaja) a pozostaje poza obrebem czasu i przestrzeni. To niebezpieczenstwo calkowitej zmiany percepcji poprzez telewizje mamy mozliwosc obejrzec w filmie pod tytulem „Murder by Television” z 1935.

Grupa nielicznych, bardzo dobrze sytuowanych osob chce podjac sie odwaznej i wielce karkolomnej decyzji transmitowania obrazu z calego swiata (do ledwie jednego pomieszczenia) z pomoca jednego starszego panu, ktorego marzeniem bylo dozyc czasow w ktorych widzialby obraz czlowieka w malym ekranie elektronicznym. Sam juz fakt, ze reakcja ogladajacych nie przejawiala zadnego strachu czy tez niepewnosci moze budzic zaintereowanie ale prawdziwym narzedziem w tworzeniu wiadomosci byly … postacie ludzkie. To za ich posrednictwem rezyser przedstawil subtelne ale wazne komunikaty, ktore w czasach nam wspolczesnych nie sa uznawane za oczywistosc.

Bela Lugosi, slynny z wystepow jako hrabia Dracula w tym filmie gra dwie postaci, ktore nieuwazny widz moze bardzo latwo przegapic. Ta nagla zmiana osob jest w odleglosci ledwie 2 kadrow filmowych gdzie pewny siebie inteligentny czlowiek, odmawia przyjecia propozycji od bardzo wplywowej osoby do cichego cwaniaka, ktory zacznie robic glupkowate miny na wiesc, ze moze otrzymac 100 tys dolarow za udzial w wiekopomnym przedsiewzieciu. Te drobne, nagle przeskoczenie z jednej postaci Bela Lugosiego do drugiej jest jawnym komunikatem od tworcy filmu – badzcie czujni bo dozyjecie czasow w ktorych czlowiek z telewizji bedzie w takim samym stopniu wam bliski co wasz sasiad. Nie bedziecie potrafili rozroznic ktory gra a ktory jest autentyczny. Ich prawdziwe oblicze bedzie tak odlegle, ze nie beda potrafili ich rozroznic ich najlepsi przyjaciele. Ich zachowania nie beda sie niczym roznily mimo ze roznia sie miedzy soba diametralnie.

To jednak film ktory nie poprzestaje tylko na jednym aktorze. Pokazuje rowniez problemy w komunikowaniu gdzie czlowiek zachecony obrazkowym postrzeganiem swiata (podczas premierowej proby telewizyjnej jedyne co rozpoznaje mlody chinski kelner to jego kraj przedstawiony w telewizorze) nie potrafi juz zrozumiec prostych slow w innym jezyku zaslyszanym w telefonie mimo ze kilka scen wczesniej swietnie komunikowal sie z goscmi rozmawiajac z nimi twarza w twarz.

Tytulowe morderstwo nie zostalo popelnione przez konkretna pojedyncza osobe a bylo zwyklym nastepstwem niezdrowej nowym tschnologicznym wynalazkiem, ktory w przyszlosci wymknie sie kompletnie z kontroli czlowieka.

Nim diabeł dowie się że nie żyjesz [2007] Sidney Lumet

Sidney Lumet to osoba raczej mało znana i raczej mało doceniana przez innych reżyserów filmowych. Poza sztandarowym dramatem sądowym ”12 gniewnych ludzi” (który jest kinową wersją telewizyjnego przedstawienia z 1954 roku) większość nie miała styczności z resztą jego wielkich filmów jak Lombardzista (z oskarową rolą Roda Steigera) czy Wzgórze (z wybitną kreacją Seana Connerego). Dość powiedzieć, że Oskara dostał dopiero w 2005 roku za całokształt twórczości.

Mało osób jednak zdaje sobie sprawę, że to u niego wypływał na szerokie wody Al Pacino (Psie Popołudnie, Serpico), to w jego filmach na wyżyny swoich aktorskich umiejętności wspieli się wspomniani Rod Steiger, Connery, ale i także Paul Newman (Werdykt), Peter Finch (Sieć) czy Treat Williams (Książę Wielkiego Miasta). Sidney Lumet jest też jednym z ostatnich  amerykańskich reżyserów filmowych, dla których pojedyncza osoba jest najciekawszym tematem na film. ”Nim diabeł dowie się że nie żyjesz” jest ostatnim, ale i też chyba najbardziej osobistym filmem amerykańskiego reżysera.

Andy i Hank nie mają życia takiego jakiego chcieliby. Andy ma dobrze płatną pracę jednak kłopoty personalne w jego dziale powodują że musi mieć dużo dodatkowej gotówki. Hank płaci alimenty swojej byłej żonie. Hank kocha Ginę. Jego brat Andy sypia z nią. Oboje mają problemy z używkami. Planują … obrabować dom jubilerski swoich rodziców.

Bohaterowie ostatniego filmu Sidneya Lumeta nie stawiają już takiego oporu przeciwnościom losu w sposób karkołomny, pełni zawzięcia i wiary w powodzenie (tak jak Sean Connery w Wzgórzu czy Paul Newman w Werdykcie) ale robią swoje błędy ( Hanka nie szanuje jego własna córka!) a gdy już mają stawić czoło swoim problemom robią to z wielkimi wątpliwościami które (jak się pózniej okaże) mają swoje uzasadnienie. Starszy brat Andy jest blisko załamania nerwowego a Hank histerycznie myśli o samobójstwie.

Rodzina wydaje się być fundamentem tej historii. Pełna nieudaczników. Rodzice Andego i Hanka prowadzą razem sklep jubilerski. Czemu razem? Ano zapewne dlatego, że przez całe swoje dorosłe życie nie potrafili utrzymać posady chociażby na kasie w Walmarcie.

Ten fundament jest jednak pod powierzchnią wydarzeń, postaci które nie są już nawet bohaterami (tak jak stary żyd zdruzgotany przeszłością w niemieckich obozach zagłady spędzający resztę swojego życia w jakieś biednej dzielnicy Nowego Jorku w ”Lombardziście”) którzy walczyli w sposób piękny i wytrwały. To są przeciętniacy, których ciężko nawet spotkać kilka razy na ulicy.

Przeciętniacy (jakby nie byli z typowego amerykańskiego filmu!) którzy stanowią integralną część …czego? Kompletnie nie widzimy osób spoza kręgu zainteresowanych napadem, ale mimo wszystko nie mamy odczucia totalnej izolacji od reszty otoczenia. Wydarzenia zdają się mogą mieć miejsce zaledwie kilka domów od naszego gdzie nikt o nikim nic już nie wie.

Andy i Hank praktycznie nie mają przyjaciół a najsolidniejszy za jakiego można uznać to stary lombardzista (czyżby duch walki tlił się coraz mniejszym płomieniem?[nawiązanie do filmu ''Lombardzista]) który zresztą jest starym znajomym ojca. Nikt z nimi nie chce się zadawać tak jak odbywa się to w zdrowym społeczeństwie gdzie każdy ma sąsiada oraz tworzy wspólnotę gdzie np. cała ulica  na której się mieszka każdy każdego zna. W filmie jest mnóstwo ludzi, ale pojawiają się oni tylko na pogrzebie matki (czyżby to matka była ostatnią osobą z rodziny, która wyznawała stare wartości współżycia z innymi ludzmi?)

Przeciętna amerykańska rodzina (dwójka ludzi urodzonych zaraz po 2 wojnie światowej) która nie dorobiła się niczego (!) nie przekazuje wartości na których oni zbudowali swoje życie (jeden z synów nie ma dzieci a drugi jest po rozwodzie i ma minimalny wpływ na swoją córkę). To upadek mitu amerykańskiej rodziny która zawsze trzymała się razem (vide historia amerykańskiej rodziny z ”Running on Empty”), ale i też upadek mitu amerykańskiego snu, w którym każdy może się dorobić wielkiego majątku.

Sidney Lumet nigdy nie był moralistą, jego nowojorskie, liberalne spojrzenie na życie nie pozwala mu zniżać się do pozycji sędziego bo wie, że film nie temu ma służyć. W swoich filmach wyznawał etos wielkich skupisk ludzi, którzy błogosławiły (bądz z rzadka nie) działania bohaterów i ”bohaterów”. W przypadku ”Nim diabeł dowie się że nie żyjesz” miasto Nowy Jork nie daje przyzwolenia na działania dwójki braci, ich nieprawidłowe czy raczej prowizoryczne życie prywatne czego dowodem są chłodne relacje narkomana (czyli osoby której Andy wyznaje najintymniejsze odczucia) z Andym czy grozby ze strony brata żony zabitego kolegi który brał udział w napadzie.

Zwieńczeniem tego braku akceptacji Nowego Jorku dla dwójki wykolejeńców jest pogrzeb ich matki na który przychodzą tłumy ludzi.

Życie które było wieczną walką o ideały teraz w 2007 roku jest jakąś smutną karykaturą o walce o… przetrwaniu. Od zakończonej sukcesem (poprzedzonej wielogodzinną debatą) rozprawy sądowej deszczowego popołudnia w którym Nowy Jork wydaje się być otwartą przestrzenią do opuszczonego korytarza w szpitalu w którym widzimy tylko przez moment blask.

Wire Service [1956-1957]

Telewizja amerykańska na przełomie lat 40tych i 50tych XX wieku była ogromnym wydarzeniem w domach amerykańskich obywateli. Dotychczasowe główne miejsce rozrywki klasy średniej czyli kino nagle zaczęło pustoszeć na rzecz nowości technologicznej – ekranu kineskopowego. Widzowie którzy z rzadka utożsamiali się z bohaterami występującymi na kinowych ekranach nagle zaczęli czuć większą więz emocjonalną poprzez serial telewizyjny.  Co prawda w kinie można było śledzić kolejny losy takich gwiazd jak Charlie Chaplin, Buster Keaton czy Harold Lloyd ale postaci przez nich grane zwykle nie miały imienia ani rozwiniętego wątku osobistego przez co nie stanowiły takiego emocjonalnego wydarzenia. Ot obejrzało się film, ale traktowane je bardziej jako zwykłe kino rozrywkowe niż studium poważnego relacjonowania zachowań ludzkich w ekstremalnych sytuacjach. To amerykańska telewizja miała być odpowiednikiem kina znanego z wcześniejszych lat w zaciszu domowego ogniska. Aby tak się stało dokonano wielkiego wysiłku realizatorskiego by na stałe przyciągnąć do siebie miliony widzów. Jak zaawansowane były to prace niech świadczy fakt, że w jednym z pierwszych serial telewizyjnych użyto techniki  3 kamer które jednocześnie nagrywały to co się dzieje na scenie przy udziale ponad 2 tysięcy (!!!) ludzi siedzących na widowni.

Telewizja w Ameryce już na początku swojej działalności starała się łączyć najlepsze cechy znane dotąd szerszej publiczności z radia (wiele audycji radiowych zostało zekranizowanych na odbiornikach tv bo miały tak dobry scenariusz) teatru (słynne ”Studio One”) czy kina (autorskie show Bustera Keatona czy Barbary Stanwyck. Nowinki technologiczne były rdzeniem nowej rozrywki amerykańskiego społeczeństwa.

Do sukcesu telewizji amerykańskiej przyczynił się jednak w największej mierze ogromny potencjał ludzki. Oni tworzyli coraz bliższe relacje z widzami, na które nie mogli sobie pozwolić aktorzy teatralni czy filmowi.

Serial telewizyjny, a zwłaszcza sitcom miał przewagę nad postaciami występującymi w filmach długometrażowych puszczanymi w kinach tym, że była zachowana ciągłość fabularna w której losy bohaterów zostały rozłożone w czasie na kilkadziesiąt odcinków telewizyjnych trwających z reguły po 30 minut. To właśnie na bazie tych odcinków można było stworzyć personę, która charakterologicznie była bliższa rożnorodnemu etnicznie  amerykańskiemu społeczeństwu w połowie lat 50tych XX wieku jak np. ciepła i życzliwa żydówka która przeprowadza się wraz ze swoją liczną rodziną na przedmieścia wielkiego miasta asymilując się jednakże z lokalną społecznością nie odcinając się przy tym od własnych korzeni. Mamy również młodą naiwną ambitną amerykankę klasy średniej, która za wszelką cenę chce zostać gwiazdą.

Dzięki telewizji bohaterowie występujący w serialach (sitcomach) stali się bardziej ludzcy, przystępni  przez co tak szybko zyskali sympatię telewidzów. Oprócz przeglądania się bliżej mniejszościom etnicznym i rasowym w amerykańskiej telewizji w formie rodzinnej, jednoczącej podejmowała też również inne bardziej niszowe tematy jak np. postawa ludzka tzw. ”strażników moralności” gdzie mamy okazje obejrzeć w serialu ”The Wire Service”. Tam po raz pierwszy mamy okazję zobaczyć na czym polegała siła amerykańskiego serialu telewizyjnego. Przejawiał się ona tym, że po raz pierwszy została ukazana prawdziwa, przeciętna twarz postaci, które do tej pory klasyfikowaliśmy jako ”bohaterowie”.

Nagle bohater staje się podatny na manipulacje, ma osobiste uprzedzenia, jest zimny względem innych ludzi w dążeniu do swojego celu. W jednym z odcinków podważany jest wręcz autorytet elitarnej grupy zawodowej jaką byli dziennikarze śledczy.

Pierwszym powodem dla którego można nazwać ten serial intrygującym jest to, że jako pierwszy podjął próbę niezbyt dobrze znanego większości ludzi tematu dziennikarstwa śledczego. I to od razu sformatowano ich działania do roli przygody(egzotyczne lokacje które charakterologicznie pasują do zwykłego filmu przygodowego zajmują w tym serialu takie intrygujące miejsca jak opuszczony stadion czy wieża kościelna przykryta mrokiem nocy) niż wielkiej misji jak często charakteryzuje się ich działania dzisiaj. Ten zabieg formalny (sprowadzenia żmudnego procesu poszukiwania, weryfikowania informacji do roli ekscytującego wydarzenia) sprawdził się bowiem uwypuklił największą i najciekawszą informację jaką przekazuje ten serial. ”Bohaterskość” została wyparta tutaj przez przeciętność głównych dziennikarzy i ich często popełniane gafy i niedoskonałości.  Na ich poczynania (to właściwszy termin na to co robili owi dziennikarze śledczy) często kamerą zza ich pleców co było częstym zabiegiem technicznym podczas rozmów śledczych z innymi ludzmi jakby to kamera była strażnikiem tego by wszystko doszło do oczekiwanego finału. Ta ostrożność względem ich profesji nie wzięła się znikąd bowiem był to czas (1956 rok) gdzie dziennikarstwo  amerykańskie w ogóle nie cieszyło się zbyt wielkim zaufaniem społecznym (sytuacja blizniaczo podobna do tego co się dzieje teraz w 2017 roku) a ich narzędzia i wielkie ideały poprawy świadomości społecznej odnośnie tego co się dzieje w polityce itd. ) i znajdowało się na krawędzi swojej egzystencji.

Prasa bowiem (a pózniej i telewizja) w odczuciu zwykłych obywateli Ameryki powoli zatracała swoją pierwotną tożsamość (słynna kwestia poruszona w odcinku ”Chicago Exclusive”) i stąd zaczęła się robić ze spokojnego detektywistycznego filmu  akustyczna wrzawa rodem z największych horrorów. Ludzie tracą poczucie bezpieczeństwa a to fundament zdrowo funkcjonującego społeczeństwa.

Media wraz z upływem lat tracą pierwotną cechę ustalania moralności w społeczeństwie zachodnim a na taką przeciętność nie wiadomo czy ktoś może sobie pozwolić. Przeciętność w wydaniu tych dziennikarzy stawia znak zapytania czy to są ci tzw. ”strażnicy moralności”?

 

 

Patterns (1956) Fielder Cook

Amerykańska kultura pochodzi od imigrantów. Jej kształt nadali przybysze z obcych ziem. Na nich budowano kapitał tego supermocarstwa. To za sprawą afroamerykanów, żydów i wszelkich innych mniejszości etnicznych zbudowana gospodarkę, która tworzy największe marki. To w głównej mierze dzięki nim amerykanie otrzymali w latach 40tych XX wieku to czym ludzkość cieszy się do dnia dzisiejszego czyli telewizję.

Człowiekiem który jako po pierwszy wyświetlił wyświetlił obraz telewizyjny w 1927 roku był mormon Philo Taylor Farnsworth. Ludzmi którzy byli głęboko zaangażowani w biznes telewizyjny był Białorusin David Sarnof, osobami odpowiedzialnymi za produkcję takich seriali jak ”I love Lucy” czy ”The Twilight Zone” byli żydzi a reżyserami filmowymi , którzy bardzo dużo znaczyli w branży filmowej byli przybysze z Europy.

Pierwsza połowa XX wieku nie była przychylna dla osób tworzących filmy i seriale w Ameryce.

Polityka była głęboko powiązana z tym co się działo w amerykańskim teatrze, filmie i radiu. Dość powiedzieć, że za ”komunizm” w pierwszej połowie XX wieku w USA uważano nowe prawa pracownicze dla dzieci czy prawa wyborcze dla kobiet. Takie zjawiska jak słynna komisja Mcarthego piętnująca wszelkie przejawy komunizmu pokazywane za pośrednictwem kina były tylko wierzchołkiem sytuacji politycznej, która wówczas w USA panowała.

Głównym pręgierzem w walce z wszelkimi złymi przejawami była komisja FCC która swoją działalność cenzorską zaczęła już za czasów panowania amerykańskiego radia w 1934 roku. FCC oprócz zwalczania wszelkich treści związanych z komunizmem miała za zadanie m.in. Cenzurować treści zawarte w filmie, telewizji, radiu gdzie a) szczegółowo zostaje przedstawiona zbrodnia, która jest niejako zaproszeniem do niej b)oficerowie służb policji powinny być ukazywane w mediach z szacunkiem i godnością c)prezentacja morderstwa jako rewanż który jest sprawiedliwy jest niedopuszczalna d)samobójstwo jako najlepsze rozwiązanie dla ludzi będzie marginalizowane

Producenci, scenarzyści i reżyserzy filmowi którzy stanęli w kontrze do – w ich mniemaniu- niepotrzebnego krępowania największego daru jaki miała Ameryka czyli wolności słowa musieli wykazać się wielką kreatywnością by obejść wszelkie zakazy a przy tym zachować autorski szlif dzieła. W 1952 roku w serialu ”I love Lucy” z txtu jednego bohaterów usunięto jedno słowo ”w ciąży”. Zastąpione je ”mając dziecko” , ”oczekując” , ”z dzieckiem”. FCC walczyło nie tylko z wszelkimi przejawami złego smaku, ale stało również na straży interesów sponsorów którzy finansowali niektóre seriale telewizyjne. Dowodem jest chociażby przypadek jednego ze scenariuszy Rod Serlinga, który był zmuszony przez agencję by usunął Coca Colę ze swojego tekstu bo – jak to mu zaargumentowano – miała południowe konotacje.

Telewizja amerykańska od 1947 roku gdy po raz pierwszy zaczęła nadawać na 3 stacjach NBC, ABC, CBC była pierwszym na tak szeroką skalę przedsięwzięciem na świecie. Początkowo zaczęła nadawać tylko w Nowym Jorku w 1939 roku ale z czasem zyskała sobie ogromną popularność Amerykanów programami na najwyższym poziomie edukacyjnym,informacyjnym oraz artystycznym. Należy jednak pamiętać że grupą docelową nowego medium były osoby urodzone na początku XX wieku, które wychowały się na przedstawieniach wystawianych na deskach vaudeville czyli klasa średnia o dokładnie sprecyzowanych gustach wyznający za oczywistość zasadę, że do ekranu telewizora przykuć uwagę widza mogą tylko programy o najwyższej jakości (co zresztą potwierdzał w listopadzie 1960 roku właściciel NBC Sylvester ”Pat” Weaver w gazecie Denver Post: ”Telewizja odeszła od szeregu możliwości do zaledwie kilku – news shows i Hollywodzkie show. Wina leży w słabym zarządzaniu NBC, CBC i ABC. Kierownictwo nie daje ludziom tego na co zasługują. Nie widzę nadziei w systemie o takiej formie.”).

Telewizja amerykańska posiadała też grupę osób niezwykle kreatywnych, którego definiowały nowe medium. Do nich zalicza się Rod Serling – jeden z najważniejszych scenarzystów lat 60tych XX wieku w USA, który na trwałe zmienił stary porządek pisania scenariuszy zarówno dla filmów telewizyjnych jak i seriali telewizyjnych. (na czym to polegało, opisać). Sterling pisał scenariusze już wcześniej. Po raz pierwszy w 1952 przy okazji serialu Shadow of the Cloak ale dopiero przy okazji długometrażowego (pierwowzór ”Patterns” powstał rok wcześniej w ramach Kraft Television Theatre i był o 23 minuty krótszy od wersji z 1956 roku.) filmu telewizyjnego złamał pewne schematy obowiązujące przy pisaniu scenariusza telewizji. To między innymi dzięki Serlingowi zaczęła się krucjata przeciwko poprawności politycznej i podwójnej moralności elit rządzących Stanami Zjednoczonymi w połowie XX wieku. Można wręcz zaryzykować tezę, że to właśnie dzięki scenariuszom Roda Serlinga zaczęła się walka na płaszczyznie zwykłych (?) seriali telewizyjnych z rasizmem, brakiem równouprawnienia czy podwójnymi standardami moralnymi na szczeblu lokalnym jak morderstwo niewinnego chłopaka przez bandę zbirów ze słynnej sprawy Emmetta Tilla, którą Serling zamieścił w swoim scenariuszu ”Noon on Doomsday”.

Film telewizyjny (jeden z pierwszych w historii amerykańskiej kinematografii) przedstawia realia firmy, która walcząc o pozycję na rynku nie cofnie się przed niczym i zwalnia zasłużonego dla oddziału pracy 62 letniego pracownika a jego miejsce zajmie nowy, perspektywiczny ambitny przybysz z małego amerykańskiego miasteczka. Serling lawiruje między melancholijnym upływem czasu i niedoszłą weryfikacją kto kim jest naprawdę w życiu i wściekłą determinacją w drodze do sukcesu ludzi boleśnie doświadczonych przez los ale tekst scenarzysty skupia się bardziej kto kim dla kogo jesteśmy. Już sam początek filmu gdy z chmary zabieganych nowojorczyków wyłania się

Van Heflin dopiero po kilku scenach (!!!!) uświadamia nam to, że główny bohater bynajmniej nie jest najistotniejszą sprawą w podjętym bardzo trudnym i bolesnym temacie dla nie tylko elit zarówno tych artystycznych jak i intelektualnych ale i również dla zwykłej amerykańskiej klasy średniej gdzie mordercza gonitwa za pieniądzem zabijała wszystko co miał najcenniejszego człowiek w swoim życiu. ”Patterns” ujawnia biurokratyczną użyteczność człowieka. Nie mamy właściwie żadnego kadru, który nie leży w interesie firmy. Wszyscy nawet żona nowo zatrudnionego nie rozmawia o niczym innym z mężem jak o pracy. Co gorsza wszelkie osiągnięcia i pomysły zarówno ludzi przychodzących jak i odchodzących sprowadzone są do żałosnego schylenia głowy i milczenia gdy ci zaczynają mówić swoje racje. Nie są więzniami murów budynku w którym pracują tylko życia które coraz bardziej zaczyna im ciążyć i nie pasować do ich rozmiarów sukcesu, na które przecież oni zasługują.

Serling zadaje pytanie czy warto poświęcać się (często bez reszty) dla jednego celu w swoim życiu okazując przy tym wszelkie ”koszty” tej decyzji podjętej już na początku swojej kariery zawodowej.

Cierpliwość, upór, wytrwałość i tytaniczna praca zamiast 8 godzinnej pracy u kogoś, wolnego weekendu, czasu dla znajomych rodziny dzieci oraz hobby. Nie. Za tą pojedyńczą decyzją (świadomie bądz nie) kryje się wielki ciąg zdarzeń za którym nie ma już drogi powrotu. Jeśli człowiek się na co decyduje ciągnie to mimo wielu przeciwności mając z tyłu głową myśl która zakiełkowała mu już w wieku młodzieńczym – chce być kimś. Wówczas podejmując tą deklarację nie jest w stanie zrozumieć powagi sytuacji ani tego co za sobą niesie. Scenarzysta tej piorunującej ekranizacji Rod Serling nie stawia człowieka sukcesu tak jak to robią dzisiejsze media – intenet i telewizja w glorii chwały i zwycięzcy. Nie, wciera w osobowość wątpliwość, która będzie targać nim do końca swoich chwil. Bowiem skromny człowiek, który nagle stanie przed możliwością zmiany swojego życia o 180 stopni (praca determinuje całe jego życie) nie przestanie być nagle takim cżłowiekiem jakim był do tej pory czyli uczciwym, skromnym i przyzwoitym. Niektórych ludzi nic nie zmieni. Ani sława, ani pieniądze, ani dorobek zawodowy. I to jest właśnie ta cecha filmu spod pióra Roda Serlinga która wyróżnia się na tle innych scenariuszy pisanych dla telewizyji w latach 50tych XX wieku. W typowych scenariuszach produkowanych dla telewizji bohater jest rozpisywany jako typowa postać ”ludzka” posiadająca własne słabości dylematy (zweryfikować te info). W filmie telewizyjnym ”Patterns” główny bohater mimo zrewidowania opinii na temat swojego szefa w pracy pozostaje zwykły szarym człowiekiem który nie lubi walczyć jak swój szef o swoje tylko pokornie wykonywać zlecone mu zadania i obowiązki w pracy.

W głównym rozrachunku to jednak smutny obraz ludzi pracy w filmie ale i (a może raczej przede wszystkim) proroczy tytuł 3 głównych aktorów, którzy odeszli stosunkowo młodo (Van Heflin odszedł wieku 62 lat, Everett Sloane 55 lat i Ed Begley 69 lat). Aktorów nie wybitnych ale pracujących bardzo ciężko (podobnie jak postacie, które odgrywali w tym filmie) na to by imię znaczyło coś więcej. Czy tym są te tytularne ”Patterns”?

El Bruto (1953) Luis Bunuel

Bunuel jest wyjątkowym reżyserem filmowym. Potrafi z rzeczy powszechnie uważane za zbyteczne do debaty (jak śmierć, obsceniczność, brzydota, bieda, perwersja) uczynić temat który wrzeszczy niczym pijany agresywny mężczyzna – na cały świat . To nie są puste żale intelektualisty, który ma zapewniony wikt i opierunek. To jęk tej części świata, który był jest i będzie zapomniany zarówno przez Boga jak i Ludzi. Bieda w filmach hiszpańskiego reżysera powoduje, że świat jest mały, lokalny, a relacje z innymi ludzmi są jeszcze ważniejsze niż kiedyś. Tu są kłótnie, awantury, wytykanie innym błędów, ale każdy tu przecież walczy o zwykłe przetrwanie.

Świat z początku XX wieku (bo o tym okresie przede wszystkim mówią filmy Bunuela, zwłaszcza te kręcone w Meksyku) nie jest światem możliwości, pięknych aut, wytwornych salonów i gładkich słów. Nie, to hermetyczne skostniałe środowisko gdzie każdy grosz jest na wagę złota. Nie ma kredytów, nie ma kolegów którzy mogliby wesprzeć czy państwa które otoczyło by takich ludzi opieką. Nie ma planów na lepszą przyszłość własną czy pieniędzy na edukację dzieci.

W tym świecie nawet starcy i małe dzieci pomagają bo każde ręce w codziennej walce o byt się przydają. Ci ludzie wiedzą że przegrali. W filmach Bunuela to właśnie bieda podkreśla godność zwykłego człowieka. U niego to są ludzie z krwi i kości, których często sami spotykamy na codzień w swoim życiu. Słabi zli ordynarni ale przy tym da się ich jakoś lubić. U Pasoliniego biedni pozbawieni są ducha wiary. U Bunuela jest wiara tylko w przeżycie kolejnego dnia. Nie odstępują od swoich małych przyjemności tylko dlatego, że nie mają pieniędzy. Piją, palą rozmnażają się, grają w karty.

Bezwstydność w pokazywaniu starości i brzydoty wręcz zachwyca. Scena rozmowy między cynicznym przedsiębiorcą a dogorywającym ojcem budzą najwyższy szacunek i uznanie. Pośród biedoty i wulgarności dostrzegamy to czego próżno można szukać w filmach innych wielkich reżyserów jak Antonioni czy Bergman bijących na alarm w sprawie Boga czy drugiego człowieka. Estymy oraz wielkiej dostojności faceta sprawującego jakiś urząd czy piastujące jakieś niezbyt znaczące stanowisko. Tu granica między robactwem, które mnoży się i pełza po całym świecie a klasą średnią jest znaczące. Nie chodzi już nawet o sam fakt POSIADANIA czegokolwiek. Nie, z tego Bunuel zrezygnował. Odkąd zaczynał w słynnym ‚Złotym wieku” ludność cywilną sprowadził do robactwa, bezimienną, głupią, ślepą na siły kierujące ich życiem. Luksus bycia człowiekiem należy do klasy średniej gdzie są postaci tylko i wyłącznie rozumne, wykształcone często dobrze wyposażone. W świecie zlaicyzowanym, pozbawionym wartości moralnych kodeksem zasad staje się status materialny.

W przeciwieństwie do słynnego filmu gatunku noir ”Brute Force” w reżyserii Julesa Dassina hiszpański filmowiec opowiada o sile która jest dzika nieokiełznana a jej zródła należy doszukiwać się u kurwiącej się matki. Fala brutalności w pierwszej połowie XX wieku w Meksyku miała imię siermiężności, braku wyksztalcenia oraz łajdackiego stylu życia gdzie agresja otwierała drzwi, portfele oraz serca innych. Zezwierzęcenie w kontrze do dzieła Dassina miała określone ramy czasowe, było łatwo do zdefiniowania. Tu w XX wieku, Meksyk jest miejscem opuszczonym przez Boga a bezprawie toczy społeczeństwo lokalne jak gangrena. W lokalizacji szczególnie podatnej na przestępstwa, kradzieże i rozboje administracja wydaje się być bezbronna na zwykłą ludzką nieokrzesaną siłę i butę. Nawet gdy wydaje się być początkowo posłuszna gdy zostaje wynajęta przez bogatego i wpływowego właściciela nieruchomości z czasem jednak pokazuje swoje złowrogie oblicze. Przed siłą jego fizyczności zginają karki wszyscy dookoła – młoda niewinna dziewczyna której ojciec zginął od ”zwykłego” ciosu spod ręki brutala, kochanka właściciela nieruchomości, jego ojciec oraz zwykli companeros. Takiej władzy nad ludzmi nie ma starszy, wykształcony człowiek posiadający kilka nieruchomości i piękną zdrową kobiętę. Aby pozbyć się problemu kilka nieposłusznych ”robaków” musi skierować się właśnie do tego brutala.

Bunuel zafascynowany nędzą (czego dał swój wyraz m.in w filmie pt. ”Ziemia bez Chleba”) pokazuje brutalność nie jako zagrożenie dla całego świata (przestrzegał przed absurdami liberalnego świata w póznym okresie jego twórczości m.in w ”Widmie Wolności”). Nie, przedstawia tylko naturalny mechanizm funkcjonowania ludzi w jednej części świata który jest kulturowo i historycznie całkiem inny od innych państw. Konfrontuje godność zwykłych ludzi z brawurą i bezwględnością pojedynczego zwierzęcia.

”The Ghost Ship” 1943 Mark Robson

To zabawne jak zmienia się znaczenie słowa thriller na przestrzeni kilku dekad. Obecnie panuje przekonanie, że thriller powinien spełniać wymogi nadane temu gatunkowi filmu przez obraz Davida Finchera w 1995r. ”Siedem”. Czyli mroczna tajemnica którą kryje zbrodnie przebiegły przestępca oraz gęsta niczym smoła atmosfera. Niestety przypadek tego filmu nie przybliżał nam charakterystyki mordercy. Był zbrodniarz, ale nie ma łącznika psychologicznego między nim a widzem. W 1995 Kevin Spacey był matematycznym wzorem idealnego przestępcy – inteligentny, przebiegły, sprawiedliwy i okrutny w swych działaniach. Nie było w jego postaci marginesu błędu. Tchu człowieczeństwa. Czegoś co pozwoliło by na niego głębiej spojrzeć, zastanowić się – czy zli ludzie tylko tak wyglądają/postępują? Fincher chcąc nie chcąc zapoczątkował erę idealnego antybohatera. Poświęcającego się bez reszty swojej misji wybawiania ludzkości z niesprawiedliwości, obłudy płytkiego myślenia. Toż to Jigsaw też ”zbawiał” ludzi kalecząc ich, ale w tych postaciach nie ma żadnego czynnika ludzkiego. Dlatego tak słabo wypadają współcześni antybohaterowie względem tych z lat 40tych i 50tych XX wieku.

Kapitan statku widmo sprawuje władzę i nad statkiem, jego sprawnością techniczną, ale i też dysponuje życiem całej załogi. On, na statku jako jedyny miał prawo wydawać sądy ale i też jako jedyny miał prawo popełnić błąd. Nieomylność jako cecha prawdziwego kapitana, który zawsze wie co ma robić sprawiała, że do roli narzędzi sprowadzeni zostali inni ludzie, już nawet nie tyle żeglarze czy zastępcy kapitana ale bardziej reszta ludzi płynąca statkiem wiernie poddająca się rozkazom najbardziej doświadczonego na statku. Mało który członek załogi odważył się podważyć zdanie Stone’a bo wiedział czym może się to dla niego skończyć. Ci zaś którzy nie spodobali się przełożonemu zostali bardzo szybko odizolowani od reszty grupy. Wszystko miało mieć ład porządek oraz bezwzględne posłuszeństwo.

Statek prowadzony przez doświadczonego zawodowo Kapitana Stone’a nie należał jednak do idealnych. Wiele było wad i usterek, które nie uciekły uwadze młodemu trzeciemu oficerowi – Panowi Merriamowi. To właśnie z jego strony zauważamy powolny i stopniowy upadek ”autorytetu” ale i też samego człowieka.

Działania młodego trzeciego oficera Pana Merriama są lustrzanym odbiciem przeszłości główno dowodzącego Stone’a. Regulaminowy, ale też chwiejny i niepewny w swoich ruchach. Przykładny, ale nielubiany przez reszte załogi. Odważny jednak popełniający błędy. Niewinny i dobroduszny oficer myśli, że wszystko robi dobrze bo działa w dobrej wierze i w ramach założeń przedstawionych mu przez szkołę marynarską jednak do zobowiązanej poprawności brakuje mu dużo. Żegluga morska to nie poligon doświadczalny gdzie można było działać według typowych książkowych zasad. Nie dostrzegał swoich błędów bo nie potrafił dostrzec złych decyzji z innej persepktywy. Właściwie jego dalsze zachowanie (Pana Merriama) było kulminacją frustracji kapitana Stone’a. Przybliżyło stan który i tak był nieuchronny dla kapitana załogi. Czas rozliczeń ze swoim życiem, przytłaczających jego umysł konkluzji (”przypominam swojego kapitana, który pod koniec swojej kariery tracił zmysły”) co doprowadziło go do całkowitej kapitulacji. Na tym właśnie chyba polega groza płynąca z tego filmu – aura dobroci, niewinności jaka otacza Pana Merriama przyjmie z czasem obraz histerycznego, rozgorączkowanego i zgorzkniałego Kapitana Stone’a który nie wie co zrobi nie tyle z załogą żeglugi morskiej, ile z własnym życiem. Piętrzące się niewymuszone błędy oraz nawarstwiające się obowiązki doprowadzają pojedynczego człowieka do zniechęcenia a nawet i rozpaczy.

Jedynymi dobrymi ludzmi którzy nie podlegają władzy kapitana są niewidomy grajek pozostający na lądzie oraz niemowa będący członkiem załogi. Oni przetrwają kolejne fale morderstw oraz sadystycznego pastwienia się nad ludzmi bo przecież młody kapitan w finale filmu będzie w przyszłości tym starym kapitanem z początku filmu, który ma za sobą traumatyczne przeżycia sprawiające że jest takim a nie innym człowiekiem. Smutna machina w której znajduje się (zagubiony) człowiek sprawia, że wszelka wiara zamiera wraz z kolejnymi przepłyniętymi rejsami. Nie podejmuje starań zmiany stanu rzeczy bo wie, że skończą się niepowodzeniem. Stary kapitan znajduje się na statku pokazanym w filmie w wyniku pewnych następstw i jego osiągnięć. Jest kapitanem, człowiekiem po 50tce, zyskał autorytet wśród młodszych rangą i staje przed pytaniem: co dalej. Czy jego wiara w żeglugę morską stanowiącą ostatnią instancję broniącą go przed uznaniem klęski w życiu osobistym nie jest zwykłem widmem które wiedzie go na mielizne? Mechanizm funkcjonowania (nie życia) człowieka w wielkiej maszynie przemysłowej gdzie wymagana jest ogromna odpowiedzialność sprawia, że wszystko inne poza pracą staje się niedostrzegalne bo z czasem wydaje się być coraz mniej ważne. Im głębiej człowiek angażuje się w jedną działalność tym mniej jest w stanie dostrzec inne aspekty życia. Dopiero widmo klęski życiowej sprawia, że kapitan doznaje olśnienia i zaczyna rozliczać się ze swoim postępowaniem. Świetna praca, genialne wyniki na dyplomie nagle w jednym momencie tracą swoje znaczenie bez odwrotu. To czemu się poświęcił się bez reszty nagle zostaje podważone i uznane za porażkę.

Bolesność filmu Marka Robsona statek widmo ma bardzo osobisty jednostkowy charakter. Podważona została nie jednostka człowieka samego w sobie ile bardziej mechanizmu, który nie daje wytchnienia dorosłemu osobnikowi. Praca którą zaczynał kapitan jako młodzieniec było postrzegana przez niego jako zródło nadziei, realizacja założeń życiowych, pózniej wraz z kolejnymi awansami stała się bardziej zródłem utrapień bo praca przerodziła się w przykry obowiązek, z której nie sposób zrezygnować. Początek zwiastował ukojenie, punkt docelowy życia pozbawionego dotąd ładu. Czas brutalnie zweryfikował te założenia stając się statkiem widmo, z którego nie ma drogi ucieczki. Obowiązki przerosły możliwości kapitana, ludzie przestali być dla siebie tak przyjazni jak na początku sądzono, a rejs niebezpiecznie szybko się wydłuża. Kapitan Stone nie jest produktem sukcesów, które osiągnął w przeszłości ale bardziej jako suche następstwo pewnych zdarzeń. Jesteś trzecim oficerem to po pewnym czasie, mimo wielu niedociągnięć i braku NALEŻYTEGO doświadczenia stajesz się kapitanem. Kapitan Stone nie jest dobry w swoim fachu, zajęciu któremu poświęcił całe swoje życie. W sytuacjach granicznych pokazuje swoją słabość, jest bardziej zależny od osób trzecich bardziej niż mu się wydaje. W swych ruchach bardziej przypomina zagubionego praktykanta, który dopiero zaczyna swoją karierę zawodową niż książkowy przykład szanowanego i cenionego kapitana żeglugi morskiej. Cena za swój kierunek zawodowy wydaje się być z czasem za wysoka. Bohater młodego oficera staje się antybohaterem moralnym.

Na tym polega fenomem kina amerykańskiego lat 40tych XX wieku. Po krótkim okresie amerykańskiego prosperity zaczęto bić w dzwony głoszące, że dusza typowego amerykanina nie jest tak wesoła jak przedstawiały ówczesne gazety. Kark idealisty zostaje brutalnie złamany przez postindustrialna rzeczywistość XX wieku w Stanach Zjednoczonych.

Pózna jesień (1960) Yasujiro Ozu

Rzadko się zdarza byśmy mieli styczność z filmem niesłychanie filmowym ale i też niezwykle bogatym (i wpływowym na innych twórców) w treść która wydaje się być uniwersalna i ponadczasowa. Przemijanie w światowej kinematografii ma różne odcienie – (zupełnie jak w filmach Yasujiro Ozu). Bergman nadał jemu rangę teatralnej mumifikacji sprowadzając aktora do roli chwalebnego narzędzia stając się niejako ludzkim przedłużeniem misji Boga, który w starotestamentowym przekładzie bardziej zabiera niż daje, Visconti ubierał w piękne szaty moralnych upiorów którzy jak parszywe świnie niszcząc bez opamiętania dobytek potomnych gdzie sama mowa ludzi budzi obrzydzenie bo przypomina najbardziej nieprzyjemny największy możliwy jazgot a Orson Welles wzniósł go na poziom egotysycznego pomnika na który mogą patrzeć ludzi mierząc wartość człowieka tym co osiągnął w swoim życiu. Ile nacji tyle postrzegań. Jedne wyjątkowe, drugie bezpsrzeczne jednak każde wymienione nazwisko dało podwaliny pod nowe filmy. Upływ czasu w rozumieniu tych reżyserów ma jednak jedną wspólną cechą. Zawsze jest pesymistyczna. Bez wględu czy jest ten motyw utrzymany na poziomie historii, metafizyki czy też egzystencjalizmu zawsze w filmach z Zachodu motyw postrzegany jest jako coś okrutnego nieuchronnego, obrzydliwego, coś czego powinno się wyprzeć i wykorzenić ze świadomości przeciętnego człowieka. W opozycji do tego stanowiska stoi Daleki Wschód. Tam obowiązujący kult pracy i prostota życia walnie przyczyniły się do tego w jakim tonie tworzone były ( i dalej są choć już z nieco mniejszą częstotliwością) filmy z Japonii. Do roku 1954 filmy japońskie były ściśle kontrolowane przez rząd Japonii i spod jarzma totalitarnej władzy i jeśli reżyserzy planowali tworzyć utwory negujące powszechny obraz życia popierany przez władzę treści ukryte w dość sprytny sposób. Tak reżyserowali filmy między innymi 2 pionierzy kina przedwojennego w japońskiej kinematografii – Mikio Naruse oraz Kenji Mizoguchi. Oni zaczynali kręcić filmy w atmosferze politycznego bluszczu, który krązył nad ich głowami do końca ich karier filmowych.

Rzadko który reżyser wyrastał ponad polityczną aurę Japonii pierwszego połowy XX wieku. Do tych wyjątków zaliczał się m.in. Yasujiro Ozu. On rozpoczynając od błachych komedii przeszedł drogę artystycznę w której to – a jednak to rozsądek zwyciężył nad smutkiem, melancholią rozgoryczoną. Już pierwsze tytuły jego filmów ”Co z tego że mam dyplom” ”Co z tego, że oblałem” ”Urodziłem się, ale…” czy ”Był sobie ojciec” mówią wiele o filozofii życia nie tylko samego reżysera, ale i też dużej części japońskiego społeczeństwa. Ozu potomny przykrych doświadczeń w życiu osobistym (udział w wojnie) oraz niesfornego charakteru bardzo szybko pojął rzeczy które nam europejczykom bardzo powoli są uświadamiane. ”Nie śpiesz się”, ”Odpuść sobie” ,,Wyjdz na zewnątrz”, ”porozmawiaj przez chwilę” , ”odłóż to na pózniej” są dzisiaj w dobie panowania portali społecznościowych bliskie szaleństwu. Jak to mam odłożyć? Przecież jutro mam mnóstwo obowiązków! Nie zdążę!

Te sytuacje z życia Ozu nakazywał swoim nieprofesjonalnym aktorom przyjmować z pogodną rezygnacją. Ozu sprowadził ludzką egzystencje do naturalnego rytmu gdzie wszystko ma swój czas i miejsce przywrócając tym samym należytą wielką cześć i godność człowiekowi czyli to czego paradoksalnie zabrakło w najgłośniejszych dziełach wspomnianych wcześniej mistrzów kina. Co ciekawe posługując się narracją ciszy osiąga – w moim osobistym odczuciu – znacznie więcej niż pan Bergman, Visconti czy Welles posługując się bardziej echem (jak w przypadku Wellesa) Ta zachodnia ciągota czy wręcz pokusa do tragedii jest w bliskim sąsiedztwie ze zwykłym materializmem. Tej więzi z dobrami tego świata nie mają filmy japońskiego reżysera. Tu bardziej liczy się rozmowa, popijanie sake, żartowanie z kolegów. Zdjęcia kominów fabryk są tylko mało istotnym tłem dla . Zdecydowaną przewagę jeśli chodzi o zdjęcia stanowią wnętrza. Ciężka, nisko zawieszona kamera (znak rozpoznawczy reżysera) akcentowała ówczesną pozycję kobiet w powojennej Japonii. Młodych zdecydowanych pewych siebie podejmujące samodzielne odpowiedzialne decyzje życiowe oraz starszych wycofanych, podatnych na sugestie innych. Silna młoda kobieta oraz ( po raz pierwszy w historii kinematografii japońskiej!) powoli ustępujący mężczyzna była nowym znakiem czasów, które przebiegłemu obserwatorowi nie ujdzie uwadze. Ten kulminacyjny moment końca starego mężczyzny, przywiązanego do jednej kobiety i hołdujący typowym tradycyjnym wartościom znalazł się w ostatnim filmie Ozu ”Jesienne popołudnie”.

Przemijanie w ujęciu japońskiego filmowca zawsze na końcu co przypomina rytm montażu jego filmów czyli krótkie ujęcia na puste zamknięte pomieszczenia oraz długie powolne momenty gdzie kamera skupia sie na siedzacych bohaterach. Prostota, niesamowita wdzięczność za wszystko w życiu oraz wzajemny szacunek nie były tak bardzo akcentowane w innych filmach wybitnych reżyserów japońskich. Te cechy wybitnie japońskiego filmowca były (właściwie od początku całej jego twórczości) odpowiedzią na to co niesie życie i świat. Postawa bierna całkowicie obca nasza kulturze ale będąca w zgodzie z naturą. Człowiek w jego filmach jest zwykłym pracownikiem. Nie zadaje pytań. On tylko robi to co powinien. I to sprawia, że jest on nam, zwykłym zjadaczom chleba tak bliski. Na tym polega siła i wielkość Ozu.

Hollow Triumph (1948) Steve Sekely

Smutne obrazy amerykańskiej powojennej rzeczywistości raczej nie przyjmowały ciepłych odcieni bijących od bohaterów charakteryzującymi się pozytywnymi cechami jak odwaga, męstwo, braterstwo czy inteligencja. Nie, te cechy były nieco wykrzywione przez ciągłą, monotonną walką o materialny byt. Zamiast inteligencji bohaterowie tamtych filmów wykazywali się sprytem koniecznym by przetrwać w ciężkich realiach, braterstwo przyjmowało postać układów, kolesiostwa by samemu jak najwięcej skorzystać (często kosztem innych) a męstwo często przyjmowane jest jako brawura. Z tego posępnego krajobrazu filmów gatunku noir wychyla się film Steve’a Sekely’ego gdzie główną postacią jest mężczyzna wykształcony, po studiach (co w owych czasach było szanowane i cieszyło się prestiżem społecznym) wydawać by się mogło – istny rodzynek wśród zawistników i nienawistników tego kina. Rozwój wypadków każe jednak nam szybko zweryfikować swój pogląd na jego temat.

John Muller, owszem jest wykształcony, ale cierpi na tę samę przypadłość co anty bohaterowie ”czarnego” kina. Pragnie szybkiego, łatwego pieniądza by… no właśnie. Ustawić siebie i swoich kolegów do końca życia by nie musieć parobkować dla jakiego dorobkiewicza? Czy może udowodnić sobie, że jest dalej w formie i może wywinąć taki numer o którym gazety będą pisać nawet za 20, 30 lat. Spotykając się po latach spędzonych w więzieniu z dawnymi znajomymi John Muller czuje się skrępowany służalczo- minimalistyczną postawą życiową swoich ziomków. John potrzebuje emocji, spektaklu, patrzy na przyszłe życie jako wielka szansa z której trzeba korzystać. Zwykła praca z tygodniową pensją nie zaspokaja ambicji, a może bardziej pędu ku życiu dorosłego, acz niekoniecznie dojrzałego mężczyzny. Od Mullera promieniuje pewność siebie, wigor, chęć zdobywania świata. Jego pęd hamują kłopoty, których nawet on (jak to śmiesznie określili jego znajomi) nie potrafił przewidzieć i im zapobiec. Chwila dalszego obejrzenia sprawia, że z naszej twarzy znika pogardliwy uśmieszek i zaczynamy sobie uświadamiać, że jest bardzo blisko pierwszej poważnej porażki w życiu, ale przecież to dla niego, człowieka dla któtego sukces jest zarezerwowany czyli sexappeal, męstwo, bystrość, wielkie idee nie powinno być w ogóle miejsce. Facet z taką reputacją, z takimi papierami nie ma szans na spędzenie reszty swojego życia w pierdlu tylko dlatego, że kumple spieprzyli sprawę (jak mają to w zwyczaju) Twarz do tej pory żywa i tryskająca ekspresją nagle zaczyna przymierać i bliska jest temu co widzieliśmy w innych filmach gatunku noir – bezimiennych maskach, które tylko urzędowo można nazwać ludzkimi twarzami. Zaczyna się wahać i bać a to już te obszary psychologii człowieka które znał jak dotąd tylko z książek. Wkracza na teren dotąd mu obcy i musi się wykazać niesłychanym sprytem by wyjść cało ze szwanku.

Główny bohater wydaje się być przestraszony gdy ludzie mówią (kobieta, która z nim się spotyka) że wie dokładnie o czym myśli lub też po prostu doradzają by był ostrożnym (odnośnie jego blizny na twarzy by nie wdarła się do niej jakaś infekcja) czy też zwykłe zapytanie pracodawcy o szczegóły odejścia z poprzedniego miejsca pracy. Batalia o pozostanie nie zidentyfikowanym zmusza głównego bohatera do szpiegowania, pracowania w miejscach na które nigdy by się nie zgodził czy wreszcie… najtrudniejszej sztuki która przyszło mu się nauczyć – słuchania innych ludzi. Te uczenie się życia na nowo nie daje ukojenia. Jest tylko, kolejnym smutnym mechanicznym następstwem wydarzeń które były dla niego zarezerwowane. Noirowski fatalizm częściej zabiera niż daje. Tym razem jednak to nie główny bohater ma najbardziej złowieszcze oblicze. Pomruk grozy daje przede wszystkim społeczeństwo. Są otwarci, pomocni, ale nie mówią tego co naprawdę myślą. Egotyzm postaci prezentowanych w filmie jest nie mniejszy niż ludzi współczesnych. Można napisać więcej, są bardziej ślepi niż ludzie z tamtego okresu bo nie trudno jest przeoczyć wiele kluczowych momentów w całej tej historii. Sekretarka nie zauważa (po raz kolejny), że ma styczność z innym facetem niż przypuszcza mimo, że spędziłą z nim mnóstwo czasu (!!). Jedyna osoba, która zauważyła różnicę w wyglądzie mężczyzny to stara poczciwa sprzątaczka.

Anonim albo będąc bardziej precyzyjnym obcy nam człowiek jest tylko narzędziem w wielkiej machinie jaką napędzała wówczas gospodarka amerykańska. Ktoś po dyplomie, sprytny, ale jednak dalej pozostający człowiekiem bez ”lepszych papierów”. Mądry, ale nie wystarczająco by okazał się prawdziwym bohaterem. Umysł, który nigdy nie został należycie wykorzystany. Zjadła go historia czy może społeczeństwo amerykańskie (stawiające wówczas mocno na indywidualimz) nie potrafi pomóc takim osobom?

Po zakończeniu II wojny światowej (gdzie sąsiad był postrzegany jako osoba która może pomóc) każdy mieszkaniec USA staje się bardziej egocentryczny, skupiony na własnych problemach a erupcja degrengolady społecznej dopiero nastąpi w kolejnych dekadach sprowadzając ludzi do coraz większych okopów niż miało to miejsce podczas drugiej wojny światowej – ich własnych domach gdzie panem życia i śmierci stał się komputer.

 

12 angry men (1957) Sidney Lumet

Temat leciwy ale jakże aktualny. Tysiące uchodzców nacierają na Zachodnią Europę roku pańskiego 2016 z myślą życia spokojnego i dostatniego, z dala od luf karabinów oraz bomb. Przybywają na ziemię gdzie tolerancja znana jest przede wszystkim z akademickich podręczników oraz humanistycznych haseł środowisk lewicowych. Zetknięcie z rzeczywistością okazało się jednak wyjatkowo bolesne. Napaści na kobiety, masowe akty agresji. Cywilizacja zachodu poddana jest wielkiej próbie po której może nastąpić przemianowanie hucznych wartośći i zejscie do poziomu który był pierwotny dla Europy – czyli kontynentu jednolitego, posiadający chrześcijańskie korzenie wyznający te same wartości, przypisane dla tego miejsca w świecie.

Historia po raz kolejny udowadnia naiwność człowieka więrzącego w równość i braterstwo wszystkich ludzi zamieszkujących planetę. Są jednak tacy, a do nich należą również filmowcy, którzy kwestionują zastany porządek i poprzez nieakademicką ale wielce pouczającą historię pokazać obraz świata, który nie jest tak prosty jak pokazują mass media, ale i też nie tak niesamowicie skomplikowany jak przekazują książki lewicowych uczonych. Używając prostych metod komunikuje się z człowiekiem w znacznie lepszy i kompleksowy sposób niż prasa, książka czy telewizja. Tym narzędziem komunikacji od lat było kino.

Odzierając przekaz z korporacyjnych nacisków ze strony władz na prezenterów telewizyjnych, którzy muszą nawet myśleć jak ich szefowie (świetnie prezentuje to film ”Sieć” z 1976r.), cięć wydawców, którzy nie życzą sobie pewnych treści zawartych w książce czy też txtu opublikowanej w prasie ścisle zredagowany przez naczelnego, który posiadajacy jedyny i sluszny poglad na życie i świat.

Najuczciwszym i najbardziej bogatym w treść wydaje się być przekaz podany przez kino. Film wydaje się być, z perspektywy człowieka żyjącego w XXI. wieku jako idealna forma komunkacji z widzem. To też bodaj najbardziej przystępna forma komunikacji z ludzmi w 2016 roku. Treści zawarte w dobrym filmie mogą być przystępne dla młodego widza, ludzi w średnim wieku, ale i też osób u schyłku wieków. Każdy ma jeden, indywidualny sposób patrzenia na dany film, jeden bogatszy drugi mniej, ale trafia do ludzi najwięcej to co jest pokazane w kinie.

Z tego przywileju rozmawiania z ludzmi korzystało wielu amerykańskich reżyserów zaangażowanych politycznie (m.in Ellia Kazan, Jules Dassin) w pierwszej połowie XX wieku gdzie treści zawarte w tych filmach były odpowiednio odczytane przez ludzi bardziej dojrzałych, którzy dzielili swoje życie z losami bohaterów tychże autorów. Kino w latach 40tych i 50tych ubiegłego stulecia używało języka który trafił do niewykształconych pracowników fizycznych (imigrantów pracujących na stałe w USA) jak i grupy intelektualistów. Kino stało się płaszczyzną międzynarodowej debaty o hierarchię wartości w świecie gdzie ktoś z zewnątrz, spoza twojego lokalnego środowiska staje się nagle twoim sąsiądem i pełnoprawnym obywatelem Stanów Zjednoczonych. Do tego niezwykle gorącego tematu rzadko który twórca odnosił się bez emocjonalnego zaangażowania. Bardziej na chłodno, z perspektywy cichego obserwatora najwiekszych wydarzeń opowiada o imigrantach Sidney Lumet – człowiek o żydowskich korzeniach, który z powodzeniem radził sobie w amerykańskim świecie filmowym mimo swoich liberalnych poglądów w dość konserwatywnym środowisku filmowców. Zaczynał od reżyserowania ogromnych ilości odcinków z serii Playhouse 90, The Alcoa Hour czy Studio One. Z tej ostatniej serii wyszedł jeden odcinek, który Lumet sam wyreżował w 1957 już jako film pełnometrażowy.

12 gniewnych ludzi opowiada o grupce 12 przysięgłych, którzy mają zadecydować o losie 16 latka oskarżonego o morderstwo własnego ojca. Właściwie opis tego filmu na tym można by zakończyć bo tak widzi ten tytuł 3/4 współczesnego polskiego społeczeństwa, ale warto rozpatrzyć ten film w nieco innym szerszym wymiarze. Lumet – w nieco zmienionej wersji filmowej względem telewizyjnej pokazuje obraz życia z perspektywy i wszystko wiedzącego, wojującego prostaka ale i też zastanawiającego się, ciągle poszukującego prawdy cichego architekta. Środowisko 12 gniewnych ludzi jest niejednolite. Mało tego nawet wsród obozu, ktore na początku filmu widz kategoryzuje jako ci najbardziej oporni na wszelkie argumenty poddające w wątpliwość wyrok sądu, gdzie zazwyczaj razem polują na innych bardziej rozumnych przysięgłych znajdą się persony najmniej pożadane, które w pewnym momencie się od nich odwracają/odcinają. Na tym polega specyfika twórczości Sidneya Lumeta. Poprzez grupę osób opisuje mechanizm działania społeczeństwa, ich odległych od siebie interesów oraz symbiozy która na dłuższą metę nie jest możliwa. Scenariusz oryginalnej telewizyjnej wersji 12 gniewnych ludzi z 1954r mówi m.in o maklerze giełdowym, sprzedawcy, architekcie i zegarmistrzu prezentując zarys amerykańskiego społeczeństwa lat 50tych XX wieku gdzie gorsze i mniej szanowane zawody są (z urzędu niemalże) przydzielone imigrantom z Europy a te najbardziej wymagające, szanowane są okupowane przez rodowitych amerykanów. W wersji telewizyjnej (czego niestety nie ujrzymy w filmie Lumeta) jest jeden wielce interesujący fragment gdy jeden z młodych uczestników dochodzenia wstydzi się zdemaskowania gdy wiedział jak posługiwać się nożem sprężynowym. Ta metropolia interesów staje się karkołomnym zadaniem dla jedynego sprawiedliwego, który przez większość czasu musiał wojować się o zwykłą chwilę zastanowienia. Reżyser z Brooklynu poprzez ruch kamery (od postaci do postaci bez skupienia się na jednym bohaterze) uwypukla mizerną wartość historyczną życia przedstawionego w filmie z 1957r stawiając znak równości między tymi co są na zewnątrz sali obrad, osób czekających na swoją kolej a tytułowymi 12 gniewnych ludzi. Sprawiedliwość architekta ( a więc człowieka słusznie posądzonego o precyzyjny sposób myślenia) jest co rusz torpedowana przez groteskową postawę …kogo? Tu pozostawiam miejsce dla widzów. Wiekszość interesowała jak najszybszym zamknięciem sprawy a tym skazaniem nastolatka na smierć. Większość zebranych nie miała świadomości rangi sprawy czym filmowiec chciał uwypuklić oschłość administracji w sądach dotyczących ludzkich losów. Żonglowanie czyimś życiem jest dla filmowca czymś tak oczywistym jak napaści na starsze kobiety w Brooklynie czy zabicie drobnego złodziejaszka przez funkcjonariusza policji dla widza. Ma jakaś rangę zgorszenia, ale bez większego wpływu na społeczeństwo. Większy rozgłos zyskuje się gdy w sprawie biorą udział młodociani przestępcy z niezbyt dobrych domów o innej karnacji. Wtedy zaczyna się huk protestów. Bohaterowie filmów Lumeta nie podążali w swoim działaniu za tymczasową sławą i rozgłosem. Nie, to był efekt uboczny. Ten ich cichy heroizm ma jednego odbiorcę – miasto. Ich nazwiska nigdy nie znajdą się w podręcznikach historii – ale ocalą jedno (12 gniewnych ludzi, Lombardzista, Werdykt) albo kilkadziesiąt istnień ludzkich (Wzgórze). Jedna tkanka społeczna, której równowaga zostaje zachwiana przez jedną osobę WĄTPIĄCĄ. Filmy nowojorczyka nie mają w sobie nic z jezusowego cierpiętnictwa. Jednostki walczyły o sprawiedliwość ziemską tylko dla pojedynczych, niesłusznie uciśnionych przez los osób. To nie księża, poeci czy filozofowie wojują z całą lokalną administracją. To z reguły podrzędni, przeciętni ludzie, którzy mieli odwagę czy bardziej chęć działania tworzenia nowej rzeczywistości.

Ich całe życie sprowadzało się do walki – nie mieli rodzin, zobowiązań, kolegów, hobby. Ich walka definiowała samych siebie. Stawali się cichymi bohaterami bez większych szans naśladowcow. Kroczyli ścieżkami, które wyznaczone są tylko dla nielicznych. Pojedynek jendostki przeciw wiekszości przybierał w utworach Lumeta różne odcienie, ale hasło przewodnie jego filmów pozostawało zawsze takie same. Ja, moje życie, ma wartość (jak głosił to pewien szaleniec w ”Sieci” z 1976r.) do diabła, musicie się liczyć z moim głosem bo niekiedy ten jeden głos (lub też niemy okrzyk jak miało to miejsce w przypadku filmu ”Lombardzista” z 1964r.) ma większe znaczenie niż setki innych . Na tym powinna opierać się siła prawa ludzkiego a historia (jak to było chociaż w przypadku Napoleona Bonaparte gdzie z groteskowo przeciętnej postaci wyrósł wielki przywódca) potwierdza słuszność Sidneya Lumeta.

Lumet unika jednoznaczności i ślepego podążania za czyjąś opinią czym wytorował sobie piękną kaierę reżyserską.

Poprzez swoje niezależne patrzenie na życie społeczeństwa amerykańskiego zyskał sobie uznanie. Patrzył na ludzi wystpeujących w jego filmach nie jak na byty statystującego w całej historii, ale na żywych ludzi z krwi i kości, których przeszłość i doświadczenie życiowe miało niejednokrotnie większe znaczenie niż opowieść głównej postaci. Poprzez pryzmat ludzi z boku Lumet nadawał swoim obrazom pełniejszy, ludzki wymiar w realiach gdzie administracja króluje a człowiek nie jest wart więcej niż czyjaś indywidualna pamięć. Bohaterowie jego filmów (grani przez takie sławy jak Pacino, Connery, Henry Fonda czy Paul Newman) byli równi w sensie socjalistycznym – równi pod względem otrzymania szansy w uczestniczenia w dorosłym życiu. Byli aktywnymi członkami amerykańskiej demokracji, ale poszli w kierunku znacznie bardziej wymagającym – moralnej odnowy zastanego stanu rzeczy.

Lumet w swej romantycznej wizji na poczatku swojej kariery reżyserskiej przedstawia swojego bohatera charakterologicznie bliskiemu aniołowi. Dopiero pózniej , w kolejnych latach ten archetyp bohatera walczącego o sprawiedliwość wraz z nabraniem doświadczenia życiowego przybierze formę człowieka zgorzkniałego, wycofanego bez szans na dalsze normalne życie (podczas jednego z wywiadów przy realizacji ”Księcia Miasta” mówił, że ma wielu znajomych policjnatów, którzy wraz z upływem lat popadają popadają w alkoholizm widząc to co się dzieje w policji).

Niewinność kończy się wraz z opuszczeniem budynkiem sądu wojewódzkiego w Nowym Jorku. Lumet już wtedy wiedział, że ta pierwsza wygrana bitwa wcale nie zwiastuje końcowego triumfu sprawiedliwości co idealnie podsumował w tragikomicznym ”Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz”.

D.O.A (1950) Rudolph Mate

Czy ktoś z Nas, w zalewie codziennych obowiązków i ciągłego pośpiechu, zastanawia  się ile jedna z pozoru niewinna decyzja może kosztować? Ile jedno niedopatrzenie może przynieść szkody, a niekiedy może mieć nawet ciężar życia ludzkiego.

Filmy z gatunku noir opowiadały z reguły o osobach jednoznacznie złych, zdemoralizowanych pozbawione wszelkich złudzeń odnośnie życia w Ameryce latach 50tych XX wieku. W kwestii codziennego działania były łudząco podobne do dzisiejszego, w pełni zatomizowanego świata. Brak relacji rodzinnych, więzy społecznych, przyjaciół, czy nawet kontaktów z ludzmi z pracy. Wszyscy działali na własny rachunek. Ekonomiczny, ale i też moralny. Każdy pracował z myślą przede wszystkim o własnym zabezpieczeniu życia na pózniejsze lata co w dobie dzisiejszych realiów brzmi jak złowroga przepowiednia ludzkiego egoizmu w czasach finansowej katastrofy. Nikt nie lubi dzielić się własnym ”tortem”, a niejednokrotnie zdarzają się przypadki gdzie jeden drugiego utopiłby w łyżce wody. Jeden może drugiego zniechęcić, inny może udupić robiąc to z dziecinną lekkomyślnością nie zdając sobie nawet sprawy gdzie takie postępowanie może ludzie zawiezć. Właśnie to ta owa lekkomyślność głównego bohatera jest oznaką zła w filmie Rudolphe’a Mate. Nie zabija bezpośrednio z kuli pistoletu przy zetknięciu ze sprawcą zbrodni, a ”jedynie” popełnia druki, które mają znaczenie tyle nie zawsze wiadomo jak ważną.

Frank Bigelow to szanowana postać swojego małego świata, gdzie wszystko ma swój ład i porządek. Nic nie może być bez jego wiedzy i podpisu. On wyznacza kierunek gdzie potoczy się jego kilka następnych lat i ten stan rzeczy zdaje się mu wyraznie odpowiadać. Wystarczy jednak tylko by wychylił się poza swoje lokalne środowisko a zaczynają się dziać rzeczy o których zapewne nigdy by o sobie nigdy nie mógł powiedzieć. Robi się nagle roztrzęsiony, roztrzepany, działa pod wpływem impulsu, gubi się a jego mózg zaczyna niebezpiecznie szybko funkcjonować, który zapewne nigdy nie był zmuszony do działania w takich okolicznościach. Do pełni nieszczęścia należy dodać bardzo powolną osobowość Franka, który przywyknął do życia na wolnych obrotach. To w jaki sposób bawi się nim partnerka głównego bohatera może przyprawić o konwulsje nawet najcierpliwszych. Zmienia nagle ton rozmowy płynnie przechodząć z ”kochanie” do ”Panie Bigelow” sprowadzając nieco nieporadnego bohatera do jeszcze większego zagubienia.

Ta jednak powolność ma jednak swoje pozytywne strony analizując jednak dość sprawnie to co wypowiada ze swoich ust Paula. Pozwala mu to dotrzeć, pokracznie, ale jednak, do swojego zabójcy który zabił jeszcze żyjącego Franka Bigelow.

Ta jego śmiertelność, ograniczony czas do wpływania na rzeczywistość bardzo sprawnie opisuje jego dotychczasową niedołężność w działaniu skutkująca chaosem organizacyjnym w pracy, brakiem zaangażowania w tworzeniu zdrowych relacji z kobietami gdzie ludzie darzą się nawzajem szacunkiem oraz życiem poza pracą, która nie będzie się kończyć tylko na małomiasteczkowym piwku przy akompaniamencie niezbyt górnolotnych rytmów. Impuls do działania i przebudzenie nastąpi dopiero po usłyszeniu wiadomości, że został otruty i pozostało mu kilka dni życia. Niby ma własną firmę, niby ma kobietę, ale w głębi duszy nie wie, że się dusi i potrzebuje większej przestrzeni by mógł zacząć po prostu cieszyć się życiem. Pokazuje to choćby jego wizyta w San Francisco gdzie dosłownie nie może oderwać się od nowego trybu życia gdzie króluje taniec, wino oraz radosne poznawanie nowych osób. Nawet gdy rozrywa kartkę na którym jest adres nowo poznanej pięknej kobiety nie do końca ten jego uśmieszek satysfakcji wygranej walki z pokusą wydaje się dla nas przekonywujący. Bo i on sam podczas prywatnego dochodzenia robi gafy, które każą nam przypuszczać, że to nie do końca całkiem normalny człowiek z którego zdaniem warto się liczyć. Działa po omacku, nie zwraca uwagi na szczegóły, staje się wyjątkowo agresywny wobec ludzi. Postępuje jak każdy pospolity człowiek, który walczy o przeżycie? Ciężko nam jednoznacznie powiedzieć z pozycji ludzi niezagrożonych niebezpieczeństwem podtrucia, ale wystarczy chwila zastanowienia by powiedzieć, że to nie jest walka z czasem a jedynie rozpaczliwa szamotanina.

Ja jednak nie ograniczałbym desperacko romantycznej walki o rozwiązanie zagadki do jednej fiolki trucizny, którą zaaplikowano Frankowi podczas zabawy z nieznajomymi w barze.

Lekkomyślność w podejściu do ludzi, bratanie się z ludzmi niegodnymi zaufania, zbyt lekkie przechodzenie wobec oczywistych faktów (facet w laboratorium fotografii mówił Frankowi, że te zdjęcie jest przecież podpisane nazwiskiem na głos którego nasz bohater nagle się ożywił.) To też pokazuje smutny fakt, że to właściwy człowiek we właściwym miejscu (miasteczku gdzie odpowiedzialność nie jest aż tak duża bo wiedza do wykonywanych zawodów nie jest aż tak niezbędna by móc pracować w swoim zawodzie) a to co przydarzyło mu się na końcu filmu jest naturalnym następstwem jego czynów popełnionych w przeszłości. Bardziej widzimy go jako bohatera romantycznego rozpaczliwie dążącego do sprawiedliwości niż z tego czego się dopuścił z przebiegu filmu . Tylko czym jest ta sprawiedliwość skoro jest się już martwym? Jego ostatnia prośba nie zmieni nagle obrazu całego jego życia, które można określić bardzo prosto i brutalnie tak jak opisywali codzienność pisarze tacy jak Raymond Chandler. To też przestroga dla nas, zwykłych, że to co popełniliśmy w przeszłości może mieć bardzo karkołomne konsekwencje w przyszłości. Brak planowania przyszłości, zbytnie ufanie losowi to co sam przyniesie powoduje to, że stajemy się niewolnikami samych siebie i własnych małego, bardzo ciasnego świata którego częścią była znaczna grupa amerykańskich obywateli pracujących w latach 50tych XX wieku. Frank chciał uniknąć rzeczy która wydawała się być dla niego karą. Zrozumienia jak bardzo daleko jest od doskonałości.