Fan (1996) Tony Scott

 Filmy średniej jakości oglądamy zazwyczaj dla fajnego scenariusza, znanego aktora bądz uznanego reżysera. Postać Roberta De Niro po hucznym okresie lat 80tych w latach 90tych ostygła i zaczęła szukać tych zakamrków człowieczeństwa do którego nas przyzywyczaił z filmów takich jak Taskówkarz (osobowość bardzo głęboko dotknięta życiowo) czy Wściekły Byk (walka o zachowanie godności pomimo przeciwności losu). ”Fan” Tonego Scotta to obraz sensacyjno – obyczajowy z tragiczną personą głównego bohatera rozgrywającego swoją grę na boisku do baseballa. Bynajmniej nie jest to arena w której on rozdaje karty. Pełni w niej bardziej rolę intruza, niż zwykłego widza, obserwatora żyjącego poczynaniami swojej ukochanej drużyny. Ten nieznośny kibic to człowiek przegrany życiowo, żona go opuściła, ma coraz słabszy kontakt ze swoim synem, a i praca którą się para wielkiej chluby mu nie przynosi. Jednym słowem przegraniec. Nie do końca. Na arenie sportowej, sprzedawca noży pokazuje prawdziwe oblicze, pozbawione skrupułów. To człowiek na krawędzi, który co ciekawe świetnie odnajduje się w tej roli bo w życiu zawsze potrzebował silnych bodzców by być zawszcze na szczycie. Takie uczucie triumfu towarzyszy mu przy zabójstwie basebollisty, który rozgrywa coraz gorsze zawody czy wreszcie chora fascynacja nowym zawodnikiem i jego dzieciakiem. Fanatyzm w skrajnej postaci, ale ta rola pokazała na co stać starego dobrego Roberta De Niro.

Zawsze ilekroć patrzę na tego aktora utożsamiam go z silną osobowością o dosyć giętkim kręgosłupie moralnym, nie zważającym na społeczne konwenanse. Mimo, że jest wielce ulatentowany i grał z powodzeniem rolę fajtłapów to zawsze w moim, i zapewnie nie tylko, odczuciu najlepiej wypadał w roli czarnych charaktetów z dosyć mroczną przeszłością.

Historia kina zna wiele rodzajów psychopatów, ale te najbardziej świetlane przełamywały pewne bariery obyczajowe jak np. przełamanie wizerunku człowieka o chłopięcej twarzy, bez wyraznie zaznaczonych rysów twarzy jako istoty bezbronnej, policjanta jako człowieka bez żadnej skazy moralnej, kaleki będacej uosobieniem niedołężności fizycznej (Ślepa Furia) itd.

Postać psychopaty w wydaniu De Niro zawsze była bardzo blisko jego prawdziwej osoby czyli osoby nadpobudliwej, stroniącej od ludzi, nie kontrolująca swoich zachowań, wreszcie hamująca swoje prawdziwe emocje. On jest zawsze chodzącym wulkanem, który nie wiadomo kiedy wybuchnie. Od Taksówkarza przez Wściekłego byka do Przylądka strachu wzbudzała antypatyczne emocje. Gęstość nienawiści rosła z czasem, aż znajdowała tragiczny finał w końcowych fazach filmu. Co znamienne bohaterom, których grał przyświecał zawsze jakiś głębszy cel jak – wyswobodzenie miasta z alfonsów i dziwek, gra o przetrwanie czy w koncu biblijne poszukiwanie sprawiedliwosci w ”Przylądku strachu”. Z Fanem jest podobnie. Nie poszerza swojego terytorium obłędu poza ściśle określone osoby. Wina w tym filmie to sprawa drugorzędna. Ta rozgrywka to rozpaczliwa walka o pozostawienie po sobie jakiegoś pozytywnego śladu, jednej jedynej rzeczy z której Gil mógłby być zadowolony. Choć wszystkie areny życia zostały już przegrane, zawsze znajdzie jakaś przestrzeń gdzie można zostać królem. Przestrzeń w której życie znów nabierze sensu.

To rola wyjątkowa w karierze Roberta De Niro bowiem nigdy jeszcze (do chwili wyświetlenia tego filmu) nie grał człowieka tak całkowicie skończonego. Bywał naiwnym cinkciarzem, głupkowatym karierowiczem, ale nigdy nie był jeszcze tak bardzo nagi. Nawet w swoich 3 największach filmach gdzie wcielał się w rolę psychopatów zachował godność i szacunek do samego siebie. Tutaj nie ma nawet mowy o tym przez co jeszcze bardziej staje się wyjatkowa postać Gila w karierze słynnego aktora.