Jak się robiło dobre horrory part II ”Dom na przeklętym wzgórzu” (1959)

To zadziwiające, że w erze ”przedpotopowej” w historii kina kręcono najlepsze filmy. Dotyczy to słynnej ”Złotej Ery Hollywood” (w latach 40tych powstawało średnio 6 filmów na rok filmów bardzo dobrych i wybitnych co jest rzeczą wręcz niespotykaną w historii kinematografii a w okresie lat 1930-1959 z Hollywood narodziły się talenty m.in Spencera Tracy, Elizabeth Taylor, Edward G. Robinsona, Sidneya Poitiera, Gregory Pecka, Jacka Lemmona, Burta Lancastera, Katherine Hepburn, Clarka Gablea, Avy Gardner czy Grety Garbo) ale i również filmów z gatunku horroru. Inna wrażliwość? To pewne, inny system pracy wpływający na to jak postrzegamy otoczenie w tym sztukę? Racja. Inna technologia? Też. Jednak co najważniejsze inne było zapotrzebowanie na dobre filmy. Teraz w dobie internetu i wszechogarniającego szumu informacyjnego współczesny widz ma podstawowy problem z rozróżnieniem co jest dobre, świetne a co słabe niegodne naszej uwagi. Lokalni królowie to zwykle odpadki z innych mieścin, a autentyczni twórcy tworzą w myśl zasady ”od siebie dla siebie” często zaskakując samych siebie. Te błędne odbieranie filmów znacząco wpływa na to jak filmowcy robią filmy TERAZ a KIEDYŚ.

Kiedyś filmowcy byli też maszynkami do robienia pieniędzy, tyle że filmy robione z myślą o:

a)zarobieniu na siebie b)wypromowaniu nowych nazwisk (w tym reżyserów) c) tworzeniu nowych serii filmowych nie generowały pustych frazesów czy obrazów (bardzo istotna w odbiorze filmu jest scenografia, która sprawnie zrobiona nadaje sens całości) nie tworzyły sztucznych tworów w postaci żałosnych celebrytów nie posiądających za grosz talentu ani nigdy – co ważne podkreślenia – nie były robione na pół gwizdka co obecnie jest niestety częstym zjawiskiem. Każdy szanujący się wówczas reżyser jeśli robił filmy za psie pieniądze starał się wycisnąć najwięcej jak się da, niekiedy nawet poszukując własnego stylu i nowego języka w filmie. To znamienne gdy w w latach powojennych gdy zawsze było ciężko o zdobycie pieniędzy na produkcję filmu praca z ludzmi była wówczas troszkę innego charaktetu niż dzisiaj. Aktorów brano pod konkretną rolę z minimalnymi gażami co w latach 50tych było zjawiskiem powszechnym. To właśnie w tym filmie rozkwitły talenty olśniewająco pięknej Carol Ohmart (swego czasu namaszczona na następczynie Marylin Monroe) oraz dystyngowanego Vincenta Price’a. Zaangażowanie emocjonalne w rolę było nieco inne niż w obecnych filmach, a i ranga tych obrazów mimo niższej ligi było większa niż współczesnych ambitnych tytułach od poważanych reżyserów.

Co wyróżniałe tamte horrory to to, że tam wielką rolę odgrywała tak prozaiczna i oczywista niegdyś rzecz jak scenografia, zdjęcia czy architektura. W filmach Williama Castle’a było jeszcze coś ekstra. Traktował film jako dzieciecą zabawę, z której zawsze starał się wycisnąć jak najwięcej. Po raz pierwszy w historii w jednym ze swoich filmów dał możliwość wyboru widowni w kinie za ułaskawieniem bądz ukaraniem głównego bohatera w filmie co przyznać trzeba bardzo przykuło uwagę krytyków. Nazywali go pierwszym, jedynym i ostatnim showmanem kina potrafiący łączyć elementy interakcji z opłakanie niskim budżetem oraz zadbać jednocześnie i o produkcję i o reżyserię samego filmu co w owym okresie było nie lada wyzwaniem. Takiej elastyczności nie mógł mu pozazdrościć jedynie Roger Cormam, człowieka odpowiedzialnego m.in za słynnych ”Szybkich i Wściekłych”, ojca chrzestnego takich nazwisk jak Coppola czy Scorsese.

Castle w tym akurat spróbował nowego techniki straszenia ludzi. Taki zabieg był bezprecedensowy w historii kina.

Dom na przeklętym wzgórzu to gra na emocjach napiętych jak struna. 5 zaproszonych ludzi przybywa karawanami do majestatycznego budynku w którym rozegra się walka o 10 tysięcy dolarów. Warunek jest jeden – przetrwać całą noc w tym upiornym, przypominającym piramidę miejscu. Castle jednak nie używa dawnych elementów służących do straszenia widza z filmów takich jak ”Nosferatu” czy ”Golem”. Nie, on raczej bazuje na budowaniu pewnego rodzaju spektaklu, widowiska gdzie główną rolę odgrywają… jego triki. Podczas projekcji filmu ”Dom na przeklętym wzgórzu” reżyser William Castle obmyślił sobie plan by wśród widowni krążył… plastikowy szkielet. Tak to nie żart. Kino w latach 50tych miało kompletnie inną specyfikę niż dzisiaj. To był moment gdzie ludzie powoli przechodzili z nawyku cotygodniowych odwiedzin w kinie do wygodnego fotela w domu gdzie pojawił się telewizor. Kino niskich budżetów było okupowane głównie przez młodych ludzi do 30 roku życia. Oni stanowili weryfikację takich nazwisk jak Roger Corman czy William Castle. To był ciężki okres dla filmowców z okrojonym budżetem. Wymagało to od nich niesłychanej elastycznośći, pomysłowości oraz organizacji czasu. Corman konsekwentnie od 1955 roku produkował średnio 7 filmów na rok, a jego rekord życiowy stanowi ”Sklepik z horrorami” nakręcony w 2 dni i jedną noc. Jak to się odbiło na jakości skończonego produktu? Raczej korzystnie, bo filmowcy działali pod olbrzymim brzemiem odpowiedzialności i gdyby im nie wyszło w latach ich dojrzałości filmowej (zaznaczmy, że owa dojrzałość przypada na mniej więcej 40 rok życia) to pozniej nie mieli by szans zaistnieć. To dotyczy nie tylko burzliwego okresu w latach 50tych bo podobnie z nożem na gardle działał chociażby Darren Aronofsky.

Castle te wszystkie braki formalistyczne, aktorskie, finansowe musiał skompensować w jak najbardziej przystępny dla większości ludzi produkt, który się sprzeda. Tym wabikiem miała być interakcja z widzem plus charakterystyczna baśniowa wręcz narracja rodem z najlepszych filmów Orsona Wellesa (Castle był współproducentem Damy z Szanghaju) oraz umiejętność budowania napięcia. W ”Domu na przeklętym wzgórzu” polegała ona na wytworzeniu dusznego napięcia między ludzmi przebywającym w tym osobliwym budynku(tam rozgrywała się akcja m.in Blade Runnera), wielkiej nieufności wśród uczestników zabawy organizowanej przez ekscentryczną milionerkę. Paranoja pojawia sie gdy ginie w niewyjaśnionych okolicznościach jedna osoba co poszerza krąg podejrzanych o męża milionerki, co każe nam przypuszać, że w tej grze chodzi o coś więcej niż tylko wręczenie żałosnych 10 tys. dolarów osobie, która przetrwa do końca wieczoru. To chora gierka psychologiczna ludzi tylko z pozoru krystalicznie czystych. Zarówno Pan psychiatra i starsza Pani wzbudzają wielką nieufność u Vincenta Price’a co jeszcze bardziej podkręca zainteresowanie widzów. Niedopowiedzenie to moim zdaniem podstawa dobrych klasowych horrorów nie bazująych na prostych prymitywnych reakcjach psychosomatycznych. Tak było w przypadku zakończenia słynnego ”Coś” Johna Carpentera (który też nie śmierdział groszem) gdzie nic nie jest do końca wyjaśnione, a wyobraznia widza pracuje.