”The elephant” (2003) Gus van Sant

The Columbine High School massacre was a school shooting that occurred on April 20, 1999, at Columbine High School inColumbine, an unincorporated area of Jefferson County in the state of Colorado. In addition to the shootings, the complex and highly planned attack involved a fire bomb to divert firefighters, propane tanks converted to bombs placed in the cafeteria, 99 explosive devices, and bombs rigged in cars. The perpetrators, two senior students Eric Harris and Dylan Klebold, murdered a total of 12 students and one teacher. They injured 21 additional people, with three others being injured while attempting to escape the school. The pair then committed suicide.

Although their motives remain unclear, the personal journals of the perpetrators document that they wished their actions to rival theOklahoma City bombing, as well as other deadly attacks that occurred in the United States in the 1990s. The attack has been referred to by USA Today as a „suicidal attack [that was] planned as a grand—if badly implemented—terrorist bombing.”[3] The massacre is reported as being „the deadliest high school shooting in US history

Van Sant to prócz sprawnego niezależnego filmowca także gej, który kreśli rzeczywistość swoich filmów oczami spaczonego seksualnie człowieka. Nie ma się co czarować, to jak postrzegamy realia. Homoseksualista to osoba, która widzi w życiu dobro, piękno, prawdę, tolerancję, braterstwo, sprawiedliwość. Nie ma w nich miejsca na jakieś przyziemne problemy typu niespełniona miłość, niespłacony kredyt czy zmarła matka. Nie, takie rzeczy nie wchodzą w rejestr nie tylko homoseksualistów, ale i filmowców o wyraznie zaznaczonych lewicowych poglądach. Widzą problemy jednostek często z perspektywy własnej nie próbując wejść w psychikę młodego zbrodniarza czy człowieka cierpiącego na schizofrenię (polecam obejrzeć ”Tarnation”) tylko prezentują suchy zapis ich działalności bez ogromnego ciężaru emocjonalnego.

Van Sant jako zdolny filmowiec, posiadający w swoim repertuarze kilka znaczących filmów o dość znacznym nośniku męskiej seksualności (Mala Noche, Moje prywatne Idaho, Gerry) ogląda świat z persepektywy człowieka niedojrzałego emocjonalnie gdzie widmo rodziny jest odległe niczym porozumienie między ludzmi o skrajnie różnych interesach, a podróże z niewyjaśnionym podtekstem zazwyczaj zaczynają się tam gdzie kończą egzystencjalne dylematy skrytych idealistów wsiowych rejonów Ameryki. Nie ukrywa swej fascynacji beatnikami, którzy byli znani z dosyć nietypowego stylu życia – zabaw z bronią, narkotykami oraz pisaniem bardziej dla siebie niż do szmatowatych magazynów.

Rozmyte obrazy, niewyrazne kontury, zagłuszona rzeczywistość oraz minimalna ilość wypowiedzianych słów przygotowują nas do czegoś co znamy z dobrych thrillerów. Wizja jaką mamy okazje śledzić w filmie Van Santa przypomina stan po ogłuszeniu, lub podtopieniu. Charakteryzuje się ona tym, że błędnie oceniamy rzeczywistość, nasze zmysły są jak sparaliżowane, a oczami naszej duszy są omamy. Myślimy życzeniowo i to co dla nas jest czymś powszednim, dla ludzi z otoczeni jest czymś dziwnym, podejrzanym.Rozpływamy się w tej monotonnej, wręcz magicznej codzienności gdzie widzimy pożądliwe spojrzenia ekstra lasek w kierunku największych ćwoków (oczywiście w naszym mniemaniu), wesołego psa rzucającego się za przedmiotem, młodych bardzo dobrze zbudowanych dryblasów bawiących się w rugby czy uzbrojonych po pachy młodzików, którzy nie wiedzą co robią. Jeden z takich dryblasów nosi żółtą koszulkę podobnie jak nasz główny bohater, którego marzenia o byciu silnym, znanym, lubianym przez rówieśników spełzają na niczym. Te same korytarze goszczą ludzi o zupełnie różnych celach. Komunikat jest jasny i czytelny: zbrodnia nie ma płci, rasy, zapatrywań seksualnych, wyznania czy wykształcenia.

Van Sant – w przeciwieństwie do reszty swoich filmów z lat 80tych i 90tych nie angażuje się emocjonalnie w relacje międzyludzkie. Jest szkliście obojętny. Patrzy na masakrę w szkole Columbine nie z ławy sądowej, nie naciska na to by dotrzeć do wnętrza tych ludzi, co nimi kieruje, obiektyw kamery kieruje bardziej na reporterską warstwę sprawy. Przygląda się z frustrującą rodziny ofiar – dziennikarską chorą fascynacją. Nie sili się na puste filozoficzne spory, które czas przykryje kurzem zapomnienia. On tylko daje spektakl, który dzieje się w określonym czasie i przestrzeni. Wycinek piekła, który jest dostępny tylko dla nielicznych. I to najbardziej w tym filmie przeraża.

To perspektywa trzeciej osoby, wręcz wyjętej z dobrej gry FPP na Playstation (z tej pozycji kamery padają strzały w filmie) sprawia, że jesteśmy w pierwszym stadium szaleństwa zamochowców. Pózniej zostają tylko nagłówki w gazetach…

The massacre sparked debate over gun control laws, the availability of firearms within the United States and gun violence involving youths. Much discussion also centered on the nature of high school cliquessubcultures and bullying, in addition to the influence of violent movies and video games in American society. The shooting resulted in an increased emphasis on school security, and a moral panic aimed at goth culture, social outcasts, gun culture, the use of pharmaceutical anti-depressants by teenagers, teenage Internet use[5] and violent video games

Potwierdzają się doniesienia mediów, że drugi pilot Airbusa A320 leczył się w szpitalu. Rzeczniczka kliniki w Düsseldorfie, do której trafił Andreas Lubitz, zaprzecza jednak, żesprawca katastrofy samolotu linii Germanwings leczył się na depresję. Pojawiły się za to informacje, że był chory psychicznie.

Gazeta „Bild Zeitung” dotarła do opinii lekarskiej, z której wynika, że Lubitz przebył ostatnio załamanie nerwowe. Miało to być spowodowane rozstaniem z dziewczyną, ale nie to było przyczyną jego niedawnej hospitalizacji. – Doniesienia sugerujące, że Andreas Lubitz był leczony w naszej placówce na depresję, nie odpowiadają prawdzie – oświadczyła rzeczniczka szpitala w Düsseldorfie, ale nie chciała powiedzieć, co dolegało pilotowi ani nawet na którym oddziale był leczony.

”The devil rides out” (1968) Terence Fisher

Wielka Brytania to kompletna przeciwwaga do Stanów Zjednoczonych. Zarówno kulturowo i duchowo te dwa państwa dzielił nie tylko Atlantyk, ale i również przepaść mentalna. Typowy brytyjczyk i typowy amerykanin to 2 różne żywioły – jeden ognisty, spontaniczny, naiwny, patriotyczny a przy tym chciwy i arogancki. Drugi zaś zamknięty w sobie, patriotyczny, ksenofobiczny, odważny, ograniczony, uprzejmy, arogancki,powściągliwy małomówny, rasista, nudny protekcjonalny, wiecznie w depresji, ciężko-pracujący, ironiczny, bez pasji. Te różne wizje świata dały o sobie znać w kontekście tworzenia studiów filmowych. American International Pictures, którego producentem był Roger Corman stanowił zupełne przeciwieństwo Hammer Film Productions. Studio w którym pracował wynalazca nazwisk Nicholsona, Demme’a czy Bruce’a Derna stawiało na filmy dla młodszej części publiczności podczas gdy Hammer film productions adoptowało scenariusze ze znanych audycji radiowych takich jak Dick Barton – Special Agent. Formuła sukcesu była podobna – w najkrótszym czasie wyprodukować jak największą liczbę filmów, które po prostu na siebie zarobią. O ile w przypadku Cormana w kontekście tego ile pieniędzy udało mu się zarobić można mówić jak o czarodzieju kina, który z niczego potrafił zrobić dobry interes (dodatkowo wpłynąć znacząco na twórczość innych twórców) o tyle w Hammer film productions tak wielkich profitów jak w przypadku pojedynczego amerykanskiego człowieka nie odnotowano. Studio założone w 1934 roku pierwszy poważny sukces odniosło w 1955 przy produkcji serialu ”The Quatermass Xperiment”. Znaczącą postacią w firmie i dla światowego gatunku horroru był jeden niepozorny człowiek – Terrence Fisher.

Ten człowiek zaczynał swoją przygodę z filmem dość pózno jednak w miarę upływu lat zyskiwał coraz większe uznanie zaczynając od remaków Draculi oraz Frankenstein w latach 50tych XX. Wieku potwierdzając swoją wartość filmem ”The Devil rides out” z 1968. Ten film był kwintesencją całego jego dorobku artystycznego oraz ideii która mu przyświecała przez całe życie.

To w tym filmie znajdujemy elementy, które korelują z tym co przyświecało brytyjskiej nowej fali tzw. Angry young men gdzie próbowano walczyć z szarym wizerunkiem skostniałego mentalnie i obyczajowo społeczeństwa, które z uwagi na swoje lenistwo i bute nie próbowało nawet pomyśleć o sobie w krytycznym tonie. W tych filmach dochodziło do spięć na lini Kościół – społeczeństwo, idealistyczne patrzenie świat – rzeczywistość czy też miłość – zbrodnia. Te wszystkie elementy zawarte są w filmie Terrence’a Fishera.

The Devil Rides out to oprócz przyjętej przez reżysera zpersonifkowanej wizji zła gdzie postaci diabelne pojawiące się na ekranie są fizycznie obecnie a nie tylko tylko fantasmagorią bohaterów owładniętych czarną magią, ale i także próbą odświeżenia gatunku horroru satanistycznego gdzie dawno wytarta klisza kobiety opętanej przez złe moce zostaje odziana w szaty filmu szpiegowskiego.

To nie przypadek, że obok Christophera Lee (któremu proponowano rolę Jamesa Bonda w Dr. No) zagrał Charles Gray, który zagrał w 2 filmach z serii ze słynnym agentem 007. Lata 60 te to burzliwy okres zmian geopoloitycznych a w konsysteencji Zimnej Wojny Christopher Lee zmierzył się z siłami zła, które mogą przyjąć niejedno imię. Według niekrócyh historyków papież Jan XXIII był Antychrystem, ale z pozycji Terrence Fishera najważniejsza była pozycja zła w naszym świecie. Nie historycznym, nie wirtualnym, ale tym jak najbardziej namacalnym. Widmo zagłady ludzkości w latach 60tych jeszcze nigdy nie było tak realne, a zainteresowanie tematem satanizmu jeszcze nigdy nie było tak wielkie. W Stanach Zjednoczonych Kościół Szatana powstał w 1966 a wokół panowała aura sprzyjająca szatanowi. Skrajny idywidualizm, nadmierna ekspresja seksualności przechodząca wręcz w sodomię czy coraz wiekszy hołd człowieka dla nauki. Formuła filmu szpiegowskiego pokrywa się nie tylko jeśli chodzi o scenografię (wytworny bal, miejsca egzotyczne), ale i również strukturze fabuły gdzie mamy do czynienia z tajemniczą organizacją, która owładnęła umysły ludzkie.

Horror ten – wywodzący się z gałęzi filmów gotyckich – oprócz kontrkulturowej treści w przeciwieństwie do wielkich horrorów amerykańskich z lat 70tych kredytuje znaczny ładunek emocjonalny bazujący na odkrywaniu szkaradnej sfery naszego życia duchowego, które w tamtych czasach było mocno wykolejone.

W chwilach zamętu i ogólnej konspiracyjnej rzeczywistości gdzie każdy na każdego może nakablować a przyjaciel z przyjęcia może okazać się następnego dnia wrogiem, który z zimną krwią wbija nam nóż w plecy sprowadza człowieka do roli przedmiotu gdzie sens i wartość życia zostaje sprowadzona do dziwnych tajemnych rytuałów, a rolę Boga przejmię Książe Ciemności

Terrence Fisher w jednym z wywiadów wspomina, że w filmie The Devil Rides out mamy do czynienia z fizyczną personifikacją zła np. Koń czy wywołany podczas czarnej mszy człowiek z kozią głową są fizycznie obecnie wśród aktorów. Strach podjęty w jego filmach był inpspiracją dla takich filmów jak ”Dont look now” czy ”The Wicker Man” gdzie pod przykrywką kultu czy tajemnicy śmierci w realiach typowej angielskiej rzeczywistości w ukryte treści bardzo niepchylene dla pokolenia dzieci kwiatów piętnujące ich nieodpowiedzialność, krótkowzroczność oraz podatność na wpływy innych. Można powiedzieć bez cienia wątpliwości że Terrence Fisher jest najbardziej niedocenianym twórcą gotyckich horrorów, którego śmierć prawie nikogo nie obeszła. Cicha gwiazda, która zgasła za szybko.

The Hoodlum (1951) – Max Nosseck

Relacje międzyludzkie rzadko kiedy odgrywają główną rolę w filmach rangi noir. Są raczej tłem dla rozwijącej się, niekiedy bardzo powolnie (patrząc na te filmy z dzisiejszej perspektywy gdy coraz większą wagę przywiązuje się do hałasowej narracji) akcji w której wszyscy są produktami rzeczywistości która je otacza. Noir – podobnie – jak prawdziwi gansgterzy, drobne cwaniaczki nie mający większych potrzeb prócz potrzeb zaspokojenia swojego żołądka spełnione rolę obserwatora życia publicznego czarnych typów znanych często z gazet lub nawet opowiadań usłyszanych od znajomych. Z taką niwą podchodzili scenarzyści skupiający się bardziej na oddaniu realiów wielkich metropolii tak by historia napadu/zdrady/zabójstwa przybrała odpowiedni odcień. Te historie pozbawione taniego sentymentalizmu bardziej były historycznym pamiętnikiem lat ubiegłych Ameryki niż próba rozliczenia się z sumieniami złych ludzi. Te mroczne historie były częściami tych środowisk do których przyzwoici ludzie raczej nie chcieli by należeć. Układ sił w latach 40tych i 50tych raczej był linearny. Nie było mowy o przenikaniu klasy średniej do ciemnych interesów wyższej (Sweet smell of success) czy niższej (Black Angel). To hermetyczne środowiska gdzie każdy dba tylko o własny interes. Egoizm, pycha oraz cynizm to cechy rozpoznawcze dla tej rangi ludzi, których inni podziwiają za odwage pójscia pod prąd a inni krytykują (choć w duchu zapewne im zazdroszczą).

Tym bardziej cenne są filmy w których kontakty z przeszłością znaczą coś więcej niż tylko tło dla portretów głównych winowajców wielkiego kryzysu w USA. Konflikt między dwójką bliskich sobie niegdyś ludzi, który zaprowadzi całą rodzinę na manowce. Desperacja oraz zawziętość prawie zawsze pięczetowały tragedie ludzi słabych i małych zarazem. Małych pod względem człowieczeństwa.

” The Hoodlum” to opowieść o dwóch różnych światach reprezentowanych przez braci – jeden dobrze usytuowany, dobrze prosperujący, ambitny, rozważny, odpowiedzialny, posiadający poważne plany odnośnie życia oraz partnerke na utrzymaniu. Drugi to były gangster, który nie może się rozliczyć z przeszłością, jest roszczeniowy, nieporadny, uganiający się za kobietami, nerwowy, chybotliwy. Ma ambicje wygrać ze swoim bratem który z nich jest lepszy chociaż nie zdaje sobie sprawy do momentu poruszajacej przemowy jego matki na łożu śmierci, że swoje życie przegrał w więzieniu stępiając zmysły oraz światopogląd do czynności życia dnia codziennego zapominając przy tym na czym polega uczciwa praca.

To film w którym historia nie wybacza naszej przeszłości. Nawet najbliżsi mimo nagabywań ze strony matki nie potrafią zmienić swojego stosunku do osoby, która była gangsterem i będzie gangsterem jak powiedział na początku filmu prokurator. Vincent, osoba nie mająca nic wspólnego z dorosłością, siedzi na garbie ojca, matki a na koncu brata którego szczerze nienawidzi. Nie wykazuje najmniejszej woli zmiany swojego podejścia do życia mimo licznych alarmujacych niepowiedzień po otrymaniu od losu drugiej szansy czy raczej drugiego życia. Jego myślenie dalej pozabwione krzty realizmu oraz odpowiedzialności. Taniość jego życia poległa na kolejnej nieudanej próbie napadu na bank zoorganizowanej przez niego oraz jego pobratymców. Jego chciwość nie podoba się nawet wspólnikom, którzy brali udział w napadzie bo wykazał się nawet wtedy wielką niesprawiedliwością przy podziale łupów ignorując zasługi jedynej kobiety w grupie.

Dopuścił się czynu, który na dzisiejsze czasy było by określane jako zachowanie skandaliczne i niedopuszczalne. Pobił kobietę. Czyn skandaliczny, ale i takie były również zachowania bohaterów w kinie gatunku noir.

W założeniu wszystkie postaci w filmie kina noir są postaciami czarnymi tzn. takimi gdzie każdy jest postacią złą. W tym postaci nie są złe charakterologiczne, ale w mniejszym bądz wiekszym stopniu emocjonalnie zdezorientowane. Matka, ślepo wierząca swojemu synowi mimo, że ten ciągle zawodzi, partnerka brata ulegająca urokowi męskości Vincenta poddająca tym samym w wątpliwość słuszność uczucia względem swojego życiowego wybranka oraz brat stanowiący przepustkę dla dalszego, kryminalnego stylu życia, który nie potrafi w odpowiednim momencie tąpnąć nogą i ulega namowom matki by ten się pogodził. Miękkość brata nie wynika z jego charakteru ile bardziej z tego, że jest przedstawicielem ludzi zdroworozsądkowych którym przez myśl by nie przeszło słowo wypowiedziane przez czarną owcę rodziny Vincenta a co dopiero jego czyny. Czyny, które aż prosiły się o banicję.

Kara jednak przychodzi i to w dużo bardziej dramatycznym momencie niż było mówione na początku filmu. Bohater podówczas przerażony spokojnym tłumaczeniem prokuratora, że każdy zły bandzior skończy na krześle elektrycznym nie wie jeszcze, że to dopiero początek jego gehenny życiowej. Gehenny na którą – de facto – był skazany.

Vincent to uosobienie twardego gościa, który w trudnych czasach swoją postawą jednak przegrywa. Mimo kolejnych prób wywinięcia się spod pałki policjanta czy ręki sprawiedliwości dalej zachowuje głupawy uśmieszek lekko wskazujący niezorientowanym ”Nie złapiesz mnie”. Żaden jednak z filmów noir w tamtym czasie nie miał tak posępnej przemowy. Każdy był bandziorem, zdrajcą, pijakiem jednak ich historie nie zataczały kręgiem nieszczęść tak wielkiej liczby osób. Mało tego, każdy z nich miał jakiś pierwiastek zadumy, refleksji nad samym sobą. Tutaj nie ma mowy o myśleniu. Tutaj zawarte są tylko czyny i puste słowa. Noir przedstawiało, ale nigdy tak ostro nie piętnowało takiej postawy życiowej. Bez znieczulenia, bez szans na przetrwanie w społeczeństwie. Brutalne, ale jakże prawdziwe.

Całym fatalizm tej historii poległ na tym, że od nie mógł z tego bagna wyjść. Po prostu nie mógł. Niegrzeczny, młody chłopak czerpający wzorce od rówieśników z ulicy bez autorytetu w postaci ojca był niestety Autor dzieła zdaje się mówić: ” nie zapatruj się na tego krępego, pyskatego i aroganckiego burka – on i tak przegra”.

Odtwórca głównej roli Lawrence Tierney, którego zasługi aktorskie docenił Quentin Tarantino zapraszając go do udziału we ”Wściekłych psach”, w filmie ”Hoodlum” zagrał samego siebie bo jego życioryś – podobnie jak Vincenta – można opisać w jeden sposób – rzezimieszek z którym nie było dyskusji. On zawsze wiedział swoje i zakrzykiwał innych gdy próbowali mu coś wytłumaczyć. Jego prywatne ekscesy typu pobicia studenta, jazdy pod wpływem alkoholu, napaści na policjantów, notoryczne bijatyki w barach, sześciokrotne aresztowania w Kalifornii oraz pięciokrotne w Nowym Jorku odbiły się znacząco na wizerunku aktora, którego przyszłość mogła być równie świetlana co kolegów po fachu jak Robert Mittchum czy Edward G Robinson. Jak sama wspomina – przekreślił 7 karier alkoholem, którego wypił. Jego nazwisko – podobnie jak bohatera którego grał w tym filmie – widniało na pierwszych stronach New York Timesa co było wydarzeniem bezprecedensowym w historii kina.

Oprócz tej całej fali pesymizmu oraz rozczarowań film ma jeden ukryty pozytyw. Bardziej dla aktora niż samej widowni. To film, który świadczy o odwadze Lawrence’a. O tym, że potrafił zmierzyć się z samym sobą, osobistymi słabostkami oraz ciężkim charakterem, który pchał go przez kolejne filmy oraz kolejne litry alkoholu.

Noir w przypadku ”The Hoodlum” pokazało nowe – bardziej osobiste oblicze. I tym najbardziej wygrało.

”Gozu” 2003 Takashi Miike

W dobie zbutwiałej moralnie i artystycznie Ameryki oraz zdegradowanej etnicznie Europy nadziei w sztuce filmowej upatruję tylko i wyłącznie w Japonii. To ten region świat który nie przestaje mnie zadziwiać i fascynować. Nigdzie indziej nie ma tam tak wielkiego kultu pracy, niezwykle przestrzennych domów czy bardzo dobrze zbilansowanego układu na lini mężczyzna – kobieta. Od zarania dziejów kobiet w tej części świata, co by tu się pieścić, pełniła (i zapewne dalej będzie pełnić) rolę zwykłej kury domowej gdzie głównym obowiązkiem jest rodzenie dzieci oraz dbanie o ognisko domowe. Wizerunek miłej, posłusznej damy z bardzo dobrymi manierami niestety coraz bardziej jest zagrożony feministycznymi ruchami z lat 60-tych XX. Wieku organizowane w USA oraz Anglii. Oto młoda sympatyczna istota z KKW coraz bardziej jest kuszona wizją nowego, lepszego świata rządzonego przez kobiety.

Do tych pierwotnych lęków mężczyzny zagrożonego wizją emancypacycji kobiet pije Takashi Miike, czołowy mizogin kina japońskiego w dość znanym od niego szubrawym stylu.

Podtytuł jest nieco mylący (gangsterski teatr grozy) bo Takashi jak nigdy, dojrzewa do łączenia najlepszych cech (gangsterkiej dezynwoltury, ogłupiających dialogów, specyficznych bohaterów, mrocznej atmosfery, perwersyjnego seksu, chore relacje rodzinne) w jedną solidną całość kondensując doznania w iście dobrym kinie autorskim ( a nie muszę chyba pisać co oznacza termin ”autorskie kino”?). Miike ze znaną mu tylko dokładnością powraca z elementami będacymi jego znakami rozpoznawczymi – demoniczna/zdeformowa wewnętrznie i fizycznie kobieta, walka o bycie nr 1 w hierarchii Yakuza czy nostalgiczna tęsknota za dawnym beztroskim życiem młodego chłopca. Te elementy powtarzają się w niemal każdym jego filmie nieprzypadkowo bowiem ten japoński filmowiec obrał ścieżkę którą konsekwentnie podąża od początku swojej kariery czyli przemoc, agresja (często na granicy absurdu), specyficzne poczucie humoru, przedmiotowe traktowanie kobiet oraz kult władzy. Pokolenie filmowców, które wychowywało się na filmach Oshimy czy Imamury wie doskonale jak obracać się dzisiaj z kamerą we współczesnym nie tracąc na podstawowych wartościach niesionych przez sztukę filmową. Jestem zdania tego zdania, że jego filmy nie są formą terapii czy taniej bazującej na niskich instynktach rozrywki. Nie, to człowiek bardzo inteligentny który świetnie wpisał się w nasze czasy i wie jak przekonać do siebie fanów japońskiej kultury oraz miłośników dobrego kina artystycznego. To raczej rzemieślnik niż prawdziwy z krwi i kości artysta co kompletnie nie przekreśla jego szans na zaistnienie w świadomości masowego widza. Napisałbym więcej, to w jakich warunkach przyszło pracować danemu twórcy i jak wyszedł z pozycji wyjściowej determinuje go jak jest postrzegany przez krytyków filmowych.

W latach 90tych XX. wieku amerykanie w swoich filmach akcji poszukiwali zbira w filmie a światu przedstawiali jasny podział świata typu my Amerykanie jesteśmy stróżami prawa i lepiej niech nam nikt nie podskakuje versus – oni czyli Rosja i komuniści patrz zalążek wszelkiego zła zepsucia i braku jakichkolwiek demokratycznych cech charakteru wielkiego narodu amerykańskiego jak: rodzina, dom, kraj. Miike w kontraście do tych filmów poszukuje tożsamości Japonii, czyli krótko mówiąc jest propagatorem myśli jego wielkiego poprzednika Nagisy Oshimy – Japonia chyli się ku upadkowi, nie mamy w sobie za grosz samokrytyki, młodzi nie zbawią kraju.

Po tym filmie dopiero widać, jak uczeń Shohei Imamury rozkwita jak artysta i pokazuję pełnię swoich możliwośći oferując nam świetną rozrywkę z dobrym zapleczem merytorycznym.

Gozu to historia gangstera – chłopca, popychadła w strukturze yakuzy oraz impotenta, który poszukuje swojego brata po … nagłym zgonie. Ta zadziwiająca sytuacja to tylko wstęp do delirycznego szaleństwa w jakim będziemy brali udział. Ten młodzieniaszkowy yakuza przez filmową odyseję spotyka ludzi stanowiący lustrzane odbicie jego lęków tęsknot i seksualnych fascynacji (chore, doprawdy chore, ale jednak w dopuszczalnym stanie rozkwit seksualność zwiędłej fizycznie kobiety w pewnym motelu), zbyt uległym stosunku do swojego starszego brata czy nowym – bardziej otwartym podejsciu do zasad panujących w yakuza. To piękne zwieńczenie myśli przewodnich Miike’a zawartych we wcześniejszych jego filmach i jednoznaczny sygnał, że on będzie kroczył drogą wytatą przez ludzi wygnanych przez studia filmowe jak Nagisa Oshima czy mniej znany Seijun Suzuki. To prawda, że czasy są bardziej tolernacyjne (nie ma reżimu jak za czasów ZSRR) dla tego typu filmów, ale to nie zmienia faktu, że mimo, że mamy AD. 2015 pewne środowiska w Japonii pozostają niezmienne pod względem mentalności.