”The Brute force (1947) Jules Dassin

Gdy spoglądamy na złodziei czy drobnych cinkciarzy zazwyczaj jedyne emocje jakie u nas wzbudzają to litość, wstręt. niekiedy także poczucie oburzenia. To grupa ludzi wykluczonych ze społeczeństwa która wybrała takie a nie inne życie. W zasadzie nie powinniśmy się interesować ich losem , ale Jules Dassin właśnie za pośrednictwem skazańców opisuje życie zwykłych ludzi z egzystencjalną batutą. Tu każdy krok ma wymiar metafizyczny i ściśle przydzielone do determinizmu decyzje. Gdy kierownik rozpaczliwie mówi swojemu przełożonemu, że ”to miejsce to całe jego życie” widzimy krystalicznie jasno, że w tym miejscu skazańcami, ludzi wypompowanymi przez zwątpienie nie są tylko sami więzniowie. Każdy poczynając od najwyższego szczebla administracji Alcatraz poprzez kryminalistów kończąc na kucharzach i mechanikach jak te zwykłe muchy na lepie – powolne, chybotliwe ale jednak próbujące. Każde ciało fizyczne obecne na ekranie sprawia wrażenie ociężałego, niepełnosprawnego , kompletnie zużytego i nieprzydatnego dla całego amerykańskiego społeczeństwa. Dobrym zdrowiem fizycznym i trzezwością umysłu wyróżniają się tylko 2 persony – więzień Joe Collins oraz kierownik strażników Munsey. Reszta wydaje się być obezwładniona przez brutalną siłę natury w którym rządzi inteligencja i wyobraznia. Przegrywają naiwniacy, marzyciele, nieudolni lekarze oraz dawni wojskowi walczący o swój kraj. Każdy ugina kark pod przed odwiecznym prawem życia doczesnego – dostąpienia tego na co naprawdę zasługuje. I tak sadystyczny naczelnik przejmuje władzę nad całym więzieniem po to tylko by jego żadzą niszczenia innych została w końcu zaspokojona. Dawny gangster mimo, że z czułym sercem do kobiety która rzeczywiście kocha musi uznać wyższość przypadku nad misternie zaplanowanym przypadkiem, a ”rzeznik” lekarz nie znajdzie ukojenia do końca swoich pracując w zakładzie przez niego znienawidzownym bo jak mówi ”nikt stąd nie wyjdzie”. Ta dantejska wizja życia na ziemi ma jednak uzasadnienie tylko dla osób niepogodzonych ze swoim losem, głupio podążającą ścieżką swojego buntu. W filmie Julesa Dassina kroczenie własnymi, niezbadanymi ścieżkami jest dla człowieka nie tyle głupie co po prostu niebezpieczne. Ludzie, którzy zdejmują odpowiedzialność za własne życie i czyny zazwyczaj przegrywają i tracą wszystko co mają popadając przy tym w alkoholizm (lekarz) czy przestępczość (Joe Collins) albo zwykłe zezwierzęcenie (Munsey).

Reżyser znany m.in. z innowacyjnego pomysłu zaangażowania zwykłych ludzi zamiast zawodowych aktorów w jednym z najgłośniejszych filmach tego gatunku czyli ”Nagie miasto” był wpisany na słynną czarną listę Hollywood walczącą z osobami sympatyzującymi z czerwonymi ”siłami zła”. Dassin podzielał poglądy polityczne z komunistami jednak wycofał się nagle z tego gdy Rosja podpisała umowę z hitlerowskimi Niemcami.

Ta polityczna zaszłość odbija się szerokim echem w ”The Brute Force”. Obrazy rozwścieczonej niewykształconej czerwonej masy bez prawa do godnego życia wyraznie mówią o niezadowoleniu z rządzącej klasy politycznej (symbolem jest w tym filmie Munsey, wpatrzony w siebie narcyz, który kompensuje swoje nieudane życie prywatne nienawiścią do biednych i zniewolonych więzniów) a przedstawiona tu Sartre’owska koncepcja ludzi dosłownie skazanych na wolność dopełnia ten wizerunek powojennej Ameryki upadłej i upodlonej w której taki emigrant jak reżyser tego dzieła nie ma szans na normalne życie bo jak mówi z brutalną siłą nikt nie wygra. I niech nawet nie próbuje.

Jak można ocenić ten film z perspektywy człowieka zamieszkującego Europę Wschodnią gdzie komunizm był największym łajdactwem jaki znał ten kraj? Niewątpliwie dobrze, ale trzeba mieć na uwadze to, że w naszej szerokości geograficznej kompletnie inaczej odbieramy to co dla jednego człowieka (Julesa Dassina) było ogromnym przeżyciem emocjonalnym a dla nas ludzi z zewnątrz widzimy przede wszystkim (dla większości widzów) kolejną nieudaną ucieczkę z Alcatraz ludzi zasługujących na wieczne zapomnienie. Historia dla każdego z nas jest inaczej postrzegana, ale pewne komunikaty pozostają uniwersalne dla każdego wolnego człowieka i tu należy szukać punktu styczności europejczyka z dziełem Dassina. 

”The Red House” (1947) – Delmer Daves

Kultura amerykańska słynie z obrazkowego postrzegania życia. Kino amerykańskie, powiedzmy sobie szczerze nie jest liderem jakości w filmie światowym. Dużo wyżej cenię sobię kinematografię japońską, a i wyższym uznaniem darzę również tytułu europejskie mimo, że zazwczyaj przegrywają w rocznych bilansach obejrzanych filmów właśnie z dziełami z USA. Czemu tak się dzieje.. z prostej przyczyny. Stany Zjednoczone posiadają 1/3 powierzchni całego kontynentu Ameryki Północnej, historia tego wielkiego narodu nie jest tak bogata jak chociażby Europy czy Azjii a pierwsze zawirowania społeczne o którym można by wspomnieć datuje się na lata 60 XIX. wieku.
Wpływ kina amerykańskiego na resztę świata filmowego był jednak znaczący. Czarnymi kryminały gatunku noir zachwycali się m.in twórcy francuskiej Nouvelle Vague: Jacques Rivette czy Jean Luc Godard. Wpływ amerykańskich westernów z lat 10 i 20tych ubiegłego wieku można dostrzec m.in w japońskich filmach o yakuzie ale i również filmografia Yasujiro Ozu nie jest wolna od tego gatunku kina. Filmy zza Oceanu były poważane, ale niezbyt wysoko stawiane przez czołowych reżyserów Europy i Azji. Dzieła z pierwszej połowy XX. wieku charakteryzowały się przede wszystkim osobnymi małymi historiami podkreślającymi chwalebny mit o amerykańskim porządnym obywatelu albo epickie historie podkreślające potęgę narodu Abrahama Lincolna w wymiarze etycznym ale i także intelektualnym mimo, że wielcy myśliciele i przywódcy pochodzili po drugiej stronie Globu. Filmy z Ameryki cechowało jedno słowo: omnibus. Dzieła które nie przewidują niczego na świecie prócz lokalnych problemów. To ich wada i zaleta zarazem. Nie uplastyczniali postaci do rangi uniwersalnych bo mieli własne nie rozliczone sprawy. Wszelkie filmy nawet z tłem historycznym były pokazem siły amerykańskiej kinematografii. Sztandarowym przykładem jest ”Obywatel Kane” w którym reżyser kadruje główną postać z ”żabiej” perspektywy podkreślając rangę dzieła bądz też przemycając bardzo dosadne obrazy królowania Kane’a nad ogromnymi stosami gazet bądz wielkiego zgromadzenia. W tym imprerialistycznym tumulcie pełnych wigoru oraz narodowej prosperity brakowało jednak w amerykańskim filmie tego za co uwielbiamy filmy europejskie i azjatyckie a mianowicie warstwy emocjonalnej i duchowej. Pomimo szaleńczego liryzmu w narracjach tego typu filmów niestety ale nie było tego czego niektórzy oczekują od filmu – metafizycznej głębi obrazu oraz poetyki człowieka.
Z tym większym aplauzem należy przyjąć dzieło, w którym przyroda odgrywa tak znaczącą rolę jak pózniej bedzie miało to miejsce w przypadku wielkich filmów japońskich jak ”Była jak polna chryzantema” Keisuke Kinoshity czy ”Kobieta diabeł” Kanety Shindo. Przyroda oraz wartości rodzinne to przykrywka dla politycznego przekazu autora ”3:10 do Yumy”. Paternalizm gospodarza domu to nic innego jak ingerencja ”złych sił” w zdrowe, życzliwe, amerykańskie społeczeństwo. Amerykański indywidualizm napędzający gospodarkę światową i stanowiącą afirmację życia wersus stary, przerzuty przez historię system socjalistyczny propagujący kolektywizm, równość i bezpieczeństwo do grobowej deski. Ten cios w stronę czerwonej zarazy (która zaczęła się rok wcześniej gdy po raz pierwszy amerykańskiej opinii publicznej przedstawione zostałt pierwsze nazwiska osób spoufalonych z czerwoną frakcją) był jedną z pierwszych prób naświetlenia ”problemu” bardziej myślącej i zaangażowanej politycznie publiczności. Przekaz nie mógł być jawny bowiem ”komunistami” byli wówczas ludzie odpowiedzialni za powstanie największych wytwórni filmowych.
Centralna postać, Edward G Robinson, tym razem przybierający rolę zastygłego wulkanu emocjonalnego tyranizuje lokalne otoczenie i chroni tajemnicy pewnego mrocznego miejsca, która skrywa prawdę nie tylko prawdę o nim samym, ale i także o tym gdzie powędrował świat. Postawy bronione przez jego siostrę czyli chrześcijańska wiara nadzieja miłość jest skutecznie atomizowana przez materialistyczne podejście Pana domu, który nie wyobraża sobie końca dawnego świata gdzie dzielił i rządził on. Mimo swojej fizycznej ułomności umie kontrolować siostrę, młodą dziewczynę, jej chłopaka ale i także dorosłego, dobrze zbudowanego chłopaka strzegącego wejścia do czerwonego domu. Skąd się bierze wewnętrzna siła gospodarza domu? Czyżby diaboliczna emanacja jednego człowieka nie była powiązana z równie niszczyscielską siła natury, która opiekuje się tytułowym czerwonym domem? Ta imperialistyczna moc jednego człowieka (Robinsona) w ujęciu Delmera Davesa nie powinna na dłuższą metę zagrozić sielskiej typowej chrześcijańskiej amerykańskiej rodzinie bo Ameryka była jest i raczej będzie tylko dla prawych ludzi.
Czerwony alarm bijący zza kulturalnych zaświatów (wszak świat zmienił się diametralnie) nie co ucichł od tamtej pory jednak ryzyko zachwiania równowagi w systemie geopolitycznym jeszcze nigdy nie było tak naglące czego wyrazem są chociażby coraz bardziej poprawne polityczne obrazy z Ameryki.