”The Comedy” (2012) Rick Alverson

Postać głównego bohatera to właściwie wizerunek współczesnego 30 latka, pełnego zwątpienia i cynizmu. To człowiek postmodernistyczny, człowiek XXI wieku, który już dawno temu przestał wierzyć w relikt ubiegłego wieku – drugiego człowieka.

Po kolejnych falach zwątpienia, od słynnej deklaracji Fryderyka Nietzschego o śmierci Boga w XIX wieku do gwałtownych przemian społecznych w latach 60tych XX wieku gdzie rodził się feminizm, ludzkość w nowym Millenium musi zmierzyć się z kolejnym ogromnym wyzwaniem – brakiem nie tyle samej wiary (jej są jako takie zgliszcza w niektórych rejonach świata, ale jednak są ) ale samej duchowości czyli pogłębionej refleksji na tym czy człowiek w świecie multimedialnym ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie i jeśli tak to czy mamy szansę o tym się przekonać w czasie naszej ziemskiej egzystencji?

W erze mechanicznych odruchów (czego dowodem są bazujące na prymitywnym impulsie żarty znudzonego i zmarłego w środku młodego milionera) i ciągłej nieskrywanej tęsknoty za hasłem pokolenia yuppie ”szybciej, mocniej, więcej” powoli zakrywamy w sobie to czego się wstydzimy.

W ”Słodkim życiu” Fellini wykpiwa celebrytów w sposób orkiestralny, huczny pełny wrzasku i skandali. W ”The Comedy” rozgoryczenie życiem bez kłopotów ma swoje miejsce w podrzędnych mieszkaniach w niezbyt dobrze sytuowanych dzielnicach. Zaczynamy powoli chować swoje problemy coraz głębiej, stajemy się coraz bardziej intymni, ale przez to stajemy się bardziej nadzy. Ta intymność ma jednak mroczniejsze oblicze niż w filmach Felliniego. U słynnego włoskiego reżysera ludzie nie wstydzą się popełniać błędy, kochać, nienawidzić, łgać, po prostu żyć. U Alversona jest to podszyte mechanicznym przymusem, jakby ktoś kazał mu żyć. Bohater Alversona to człowiek naszych czasów, pełen arogancji oraz zawiści, którego jedynym pocieszeniem w przebiegu ciągłej mdłej egzystencji wydaje się być dopieczenie murzynom z Williamsburga i to też dopiero po odpowiedniej dawce alkoholu.

To już nie murzyn na posyłki jak główna postać z powieści Roberta Musila ”Człowiek bez właściwości” pozbawionego rozumu oraz tożsamości. To persona mająca rozum i tożsamość jednak nie potrafiąca zdać sobie sprawy co z nimi należy uczynić. Ma kolegów, ma pieniądze oraz mnóstwo czasu na imprezy czyli wszystko to co powinno zadowolić osobnika o konsumpcjonistycznych zapędach. Nie ma po co wychylać się ponad poziom hamburgerowca bo przecież dorosłe życie to jedno wielkie rozczarowanie oraz pasmo nieszczęść.

Śmiech w tym filmie ma kwaśny smak. Nie ma w nim wartość odżywczych czy też nie stanowi formy autoterapii. Ta głupkowata fanaberia nie ma w sobie nawet cienia młodzieńczej fantazji, szczerości. Raczej tylko pogłębia bydlęce oblicze człowieka bez… egzystencji.

To także obraz smutnego triumfu rozumu nad emocjami. Młode pokolenie z każdą kolejną generacją staje się coraz bardziej świadome tego co ich w dorosłym życiu czeka a przez to popada w odmęt egoizmu i pazerności, z którego nie ma już szans wydorośleć.

”Highway dragnet” (1954) Nathan Juran

Sycylijczycy w pierwszej połowie XX. wieku nie mieli możliwości wspinania się po kolejnych szczeblach kariery w hierarchii społeczeństwa amerykańskiego. Doskonale zdawali sobie sprawę, że nic prócz ciężkiej pracy nie zostało im w tym życiu. Spłacali kredyty, zakładali rodziny, słowem zostali zbilansowani do typowego życia klasy średniej w USA. Niektórzy jednak poszli krótszą ścieżką życia i wybrali drogę kryminalną co akurat było w smak sfrustrowanej klasie robotniczej tamtych czasów. Wyniki sprzedaży filmów noir w których główną rolę odgrywali anty bohaterowie jednoznacznie pokazywało, że kino przestaje być niewinne niczym dziecko i zaczyna być poważną odpowiedzią na trudne czasy w jakich przyszło żyć większości amerykańskiego społeczeństwa po II wojnie światowej.

Te obrazy były sumieniem powojennych Stanów Zjednoczonych co dla producentów stanowiło nie lada zagadkę. Oto nagle po okresie wzajemnej adoracji oraz budowania ogromnego prosperity nadchodzi czas smutku, refleksji oraz egzystencjalnego niepokoju coraz większej rzeszy ludzi. Po raz pierwszy także w historii kinematografii filmy z pesymistyczną wymową bez happy endu tak wielu przyciągnęło odbiorców mimo iż w show biznesie pokutował mit, że nic co zmusza do myślenia nie przekuwa się na sukces finansowy.

Noir staje się naturalnym duchowym następstwem wielkich zawirowań społecznych po okresie II wojny światowej. Wszechobecna nędza, podejrzliwość innych oraz chciwość najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi stają się koszmarem na jawie zwykłych ludzi. Odtrutką były zwykle papierosy oraz alkohol, a w sztuce właśnie film gatunku noir. Owe filmy kwestionują dotychczasowe amerykańskie świętości w zamian pozostawiając otwartą przestrzeń dla nas odbiorców, ale chyba jednak przede wszystkim dla następnej generacji, która powinna rozliczyć się z przeszłości stanowiącą clue całego gatunku. Anty-bohaterowie tych czarnych kryminałów są duchowi protoplastami takich filmów jak ”Badlands” Terrence’a Mallicka czy ”Midnight Cowboy” Johna Schlesingera. To ludzie bez przyszłości, którzy znajdą sobie miejsce w każdej generacji. Przegrali życie nie z własnej winy, ale bardziej z tego w jakim stanie było ówczesne amerykańskie społeczeństwo pełne zawiści oraz braku tolerancji dla innych.

Noir ma jednak nie tylko pesymistyczny aspekt. Kino w końcu zaczęło pełnić funkcję zwierzchnika ludzkich dusz. Ludzie zaczęli wierzyć w końcu w coś nierealnego a tym nierealizmem był właśnie film. Gdy upadły ostatnie bastiony nadziei udręczonej problemami dnia codziennego klasy robotniczej USA jak kościół katolicki czy kozetka u psychiatry obywatel musiał znalezć pewien azyl w którym mógł poczuć się potraktowany w końcu poważnie, bez mydlenia oczu. To gatunek noir był wyznacznikiem smaku oraz dobrego taktu. To tutaj wstawiano się za niesłusznie osądzonymi (podobnie jak w wielce teatralnych dramatach Sidneya Lumeta) i przedstawia rzeczywistość z bardziej kompleksowej perspektywy używając często bardzo dosadnych form wyrazu. W noir po raz pierwszy nie uciekano od poważnych kwestii politycznych i filozoficznych dlatego można uznać ten gatunek za najważniejszy w historii całej amerykańskiej kinematografii oraz jeden z najważniejszych w przekroju całej świata, trwale odciskający swoje piętno na kolejnych pokoleniach młodych filmowców.

Pod koniec lat 40tych zapoczątkowane zostało tzw. kino drogi (Thieves Highway, Highway 13, Highway 30) otwierało przestrzeń dla filmu do tej pory niedostępny. Zaczęła otwarcie krytykować ówczesną kulturę oraz piętnować mity dotąd mocno podkreślane przez piewców amerykańskiego snu jak George Cukor czy Frank Capra co przekuło się m.in. na technikę kadrowania postaci. W filmach propagujących amerykańskie wartości na pojedynczych kadrach widać w jednym ujęciu przynajmniej 3-4 postaci będące wobec siebie moralnie oraz materialnie równe. W filmach spod flagi noir nie ma czegoś takiego. Jest jedna wiodąca postać (prawie zawsze mężczyzna) która stoi w kontraście względem innych. Jest przeklęta przez społeczeństwo co podkreślają bardzo medialne tytuły filmów (np. ”He walked by night” czy ”The Postman always rings twice”). Wewnętrzny niepokój jednostki walczącej o przeżycie komponuje się z bardzo dynamicznymi kadrami otoczenia prezentowane często z pozycji auta czy nieco bardziej wyszukanych technik kinetyki ciała postaci.

Ten dynamizm towarzyszy również filmowi ”Highway dragnet” gdzie ciało fizyczne staje się świetnym narzędziem w walce o słuszność swoich racji.

”Highway dragnet” to przede wszystkim kino drogi w którym uwagę skupia główny bohater ( w tej roli zabójczo grozny Richard Conte) ucieka niczym dzika zwierzyna przed wymiarem sprawiedliwości porywając przy okazji 2 kobiety. Były wojskowy aby dociec swoich racji musi skorzystać z tego co dała mu natura (świetnie wysportowane ciało) oraz charakteru drobnego cwaniaczka, który wie gdzie i jak się zachować by przetrwać w nieprzyjaznym otoczeniu. Jest zdesperowany i zdeterminowany w osiągnięciu celu tak jak emigranci w USA lat 40tych pragnący osiągnąć coś więcej w życiu niż tylko suchy wikt i opierunek. To prosty niewykształcony człowiek wierny przede wszystkim własnemu silnie wykreowanemu instynktowi przetrwania (prawdopodobnie nie ma rodziny ani dzieci). Jest – jak to bywa w filmach gatunku noir – człowiekiem pozbawionym przeszłości – posiadający odpowiednie cechy by nazwać go mordercą. Najpierw nie znajduje zrozumienia u pięknej kobiety spotkanej przy barze pózniej jest nagle aresztowany przez funkcjonariuszy policji by na końcu zyskać sobie kolejnego wroga w postaci porwanej kobiety. Jego ton (prawie, że wydający rozkazy) oraz postawa ciała (będąca w stanie ciągłej gotowości do ataku). To jednak upoważnia nikogo by skazać go bez niczego.

Człowiek bez przeszłości (a co ciekawsze zasłużony dla amerykańskiego narodu bo był w marines) jest wyklęty i nigdzie nie znajduje odkupienia. Na czym polega ta fatalna pomyłka władz by osądzić niewłaściwego człowieka? Prawdopodobnie na tym jak mało humanitarny jest system administracyjny USA gdzie człowiek jest tylko i wyłącznie kolejnym nazwiskiem w gazecie. Nie to jednak jest fundamentalnym pytaniem tego filmu. Zdaje się, że te jest jeszcze bardziej krzywdzące i okrutne dla ludzi jego pokroju. Po co Stanom zjednoczonym potrzebny jest Jim Henry? Przecież w gazetach jest pierwszym podejrzanym a to co robił wcześniej nie ma jakiegokolwiek znaczenia. Społeczeństwo i policja przecież go skazało, gdzie tu ktoś może znalezć pomyłkę? Były marines przegrywa w starciu z władzami, ale moralnie wydaje się być zwycięzcą. Ostatnia scena w której przygrywa kojąca muzyka pełna akceptacji, ciepła i pojednania zdaje się mówić, że ten człowiek w końcu odnajdzie swój kąt i przestanie walczyć. Wróci tam gdzie jego miejsce i korzenie.

Były wojskowy niesłusznie oskarżony przez policję, nękany przez amerykańską administrację i społeczeństwo wygrywa w moralnym starciu z kobietą przeklętą, która sama siebie wykluczyła się z tego społeczeństwa. Jest damą wytworną pełną blichtru oraz pieniędzy co w czasach masowej depresji jest zjawiskiem aż nadto rażącym w oczy. Wnioskować można z tego, że dużo łatwiej można osądzać bez gruntowej analizy nawet człowieka zasłużonego dla narodu amerykańskiego (tak przecież ważnego w owych czasach elementu amerykańskiej kultury) niż gwiazdy z wyższych sfer jak modelka czy projektantka mody. Społeczeństwo amerykańskie w latach 50tych miało jasno określony podział – nikt prócz hrabiowskich korzeni nie miał szans na życie w luksusie tak poszukiwane przez pokolenie ludzi emigrantów pragnących lepszej przyszłości dla swoich dzieci. Emigranci to temat bardzo często poruszany w filmach gatunku noir. Dość powiedzieć, że najlepsze i najbardziej innowacyjne filmy noir pochodzą z rąk autorów mających żydowskie, węgierskie, rosyjskie, greckie a nawet polskie korzenie(Billy Wilder). Owi reżyserzy pod płaszczem głównej historii zmagających się z literą prawa złodziei, cinkciarzy, byłych wojskowych dają sygnał, że w kraju wolności, równości i szans na lepsze dostatnie życie emigranci stoją na przegranej pozycji w stosunku do ich rodowitych amerykańskich kolegów. I nie zmienią tego ani występki dokonane za pomocą pistoletów, kradzieże, rabunki ani nawet pozytywne zasługi. Ktoś w tym życiu musi być przegranym, ktoś musi służyć by kto inny mógł być królem. Takie jest odwieczne prawo natury. Pamięć w tym rozumieniu nie ma najmniejszego znaczenia.