Fritz the Cat (1972) Ralph Bakshi

To czego poszukuję w filmach animowanych – teraz mając 29 lat – i kiedyś gdy wracało się z podstawówki na gorący obiadek i wielogodzinną sesję z Cartoon Network to przede wszystkim wulgarna prostacka przemoc i ohydne, antypatyczne postaci posiadające brudne zęby, niedomyte pachy i brak perspektyw na normalne życie. To jeden z warunków na które składają się elementy by być dobrym charakterystycznym filmem animowanym. Sukces Simpsonów, South Parka i pozniej Family Guya zdaje się to potwierdzać. Amerykanie na przełomie wieków mieli dość Marvelowskich superbohaterów posiadających super moce, ewangelistów marzeń amerykańskiej młodzieży (?). Nie, temu image’owi sprzeciwili się włodarze stacji Fox serwując zwykłą amerykańską rodzinę z klasy średniej, która podbiła serca fanów na całym świecie. Na czym opiera się fenomen takich seriali animowanych? Ano na tym, że jest bardzo bliski realiów panujących w owych czasach gdzie George Bush senior jest wyśmiewany przez łobuza i nieuka Barta Simpsona, który powoli stawał się wśród młodzieży amerykańskiej większym autorytetem moralnym niż papież czy najwięksi sportowcy XX. Wieku pokroju Michaela Jordana. Bart Simpson to dobry duch ludzi, których nie interesowała walka o karierę czy szacunek innych. Nie, on wyznaczał standardy nowego życia bez większej spiny jak mawiają dzisiejsi młodzi ludzie. Spokojne dostojne bez większych wstrząsów życie to wbrew pozorom pragnienie większości amerykańskiego społeczeństwa. To był przypadek bohatera szkolnego łobuziaka, który w gruncie rzeczy był nieszkodliwy bo wiedział, że prawa ręka nauczyiela (a pozniej w dorosłym życie społeczeństwa) wskaże mu właściwą drogę życia i będzie musiał się do niej dostosować albo dalej brnąć w nieznane, a z tej drogi ….rzadko który wychodzi cało.

Z kotem fritzem jest nieco większy dylemat moralny bo mamy do czynienia z kotem wybitnie antyspołecznym, nadużywającym alkoholu, świadczeń socjalnych oraz nierozgarniętych dziewczynek czyli zdawało by się król przedmieść wielkiej amerykańskiej metropolii pozbawiony złudzeń życia na poziomie wyższych warstw społecznych jak świetny dom, co najmniej reprezentatywna żona, dobrze płatna i szanowana praca. Te atrybuty szanowanego amerykanskiego obywatela wymagają jednak pewnych zachowań do których nie jest zdolny nasz uroczy antybohater, istna wymiocina społeczna. Nie godzi się na kompromisy we współżyciu, nie potrafi pogodzić się z tym, że mógłby coś dać od siebie innym. Fritz to łajza, ale i też smutna refleksja nad tym, że w tym nudnym, pospólskim życiu uczestniczą ludzie z zewnątrz, będący nie jako sędziami czy też wzorami do naśladowania dla młodego kota. Oni mówią jemu jak mają życie, oni mają receptę na udane i szczęśliwe życie. Wreszcie oni piją, ćpają, zdradzają żony i złorzeczą.

Właściwie rzecz ujmując postaci żywcem są wyjęte z uniwersum filmu Folwark Zwierzęcy z 1954. Są świnie ubrane w policyjne mundury (symbolizujące gnuśność i opieszałość służb porządkowych), kruki przywdziewający szaty alfonsa posiadający przy tym murzyński glos (świetna charakteryzacja, to trzeba przyznać), zaćpane chorowite króliki łudząco imitujące sceny z filmu Easy Rider i inne.

Rzadko kto jednak wspomni, że ta wulgarna bajka jest ekranizacją twórczości znanego amerykańskiego rysownika (dość namiętnie flirtującego ze środkami psychodelicznymi) Roberta Crumba. To właśnie w jego komiksach kobiety mają gigantycznych rozmiarów uda, nogi, posladki i biust. Oprócz to kobiety dominują nad mężczyznami fizycznie i psychicznie. Uniwersum tego kontrowersyjnego rysownika przepełnione jest przemocą, seksem oraz tanimi używkami, które niejako symbolizują Amerykę lat 60tych gdzie nuda oraz brak perspektyw na lepsze życie upodlają nawet najwybitniejsze jednostki. Receptą na ten szklany, iluzoryczny świat jest według Crumba wyobraznia do ktorej nie każdy z normalnych obywateli ma czelność ją pobudzić. Przesłanie płynące z tej ciekawej animacji mówi jasno i wyraznie klasie średniej Ameryki lat 60tych -nie wyłączajcie telewizorów, idzcie na wybory i nie zadawajcie durnowatych pytań. Oczywiście w odpowiednich proporcjach.

Komentarze na pewnym portalu internetowym potwierdzają moją tezę, że ludzie patrzą na film, ale nie widzą tego co powinni widzieć (co dosć ładnie komponuje się z moim poprzednim zdaniem) Nie widzą jak dopracowany technicznie jest to film, jak istotną rolę odgrywa życie aktora z postacią, którą grą, wreszcie nie potrafią własnymi słowami powiedzieć o czym właściwie mówi konkretny film bo widzą tylko: a) akcję b) znakomitą badz słabą aktorską (ale nie potrafią tego zupełnie zaargumentować (!!!) c) oryginalność d) odzwierciedlenie myśli pisarza. Film (dotyczy to niestety także innych dziedzin sztuki) jest obecnie traktowany jak kebab z pierwszej lepszej knajpy. Wydajesz 12 zł i ma być dobry. Nie ważne jak jest podany, czy mięso jest dobrze przypieczone, czy nie ma za dużo uwalonego sosu. Ważne by smakowało. I tak jest z filmem Kot Fritz, który zarobił – uwaga uwaga – 25 milionów dolarów w samych Stanach Zjednoczonych a na świecie 90. Można by się sobie zadać pytanie: jak tam demoralizujący młodzież bez krzty przesłania film mógł osiągnąć tak gigantyczne zyski? Otóż mógł i to z bardzo prostej przyczyny.