12 angry men (1957) Sidney Lumet

Temat leciwy ale jakże aktualny. Tysiące uchodzców nacierają na Zachodnią Europę roku pańskiego 2016 z myślą życia spokojnego i dostatniego, z dala od luf karabinów oraz bomb. Przybywają na ziemię gdzie tolerancja znana jest przede wszystkim z akademickich podręczników oraz humanistycznych haseł środowisk lewicowych. Zetknięcie z rzeczywistością okazało się jednak wyjatkowo bolesne. Napaści na kobiety, masowe akty agresji. Cywilizacja zachodu poddana jest wielkiej próbie po której może nastąpić przemianowanie hucznych wartośći i zejscie do poziomu który był pierwotny dla Europy – czyli kontynentu jednolitego, posiadający chrześcijańskie korzenie wyznający te same wartości, przypisane dla tego miejsca w świecie.

Historia po raz kolejny udowadnia naiwność człowieka więrzącego w równość i braterstwo wszystkich ludzi zamieszkujących planetę. Są jednak tacy, a do nich należą również filmowcy, którzy kwestionują zastany porządek i poprzez nieakademicką ale wielce pouczającą historię pokazać obraz świata, który nie jest tak prosty jak pokazują mass media, ale i też nie tak niesamowicie skomplikowany jak przekazują książki lewicowych uczonych. Używając prostych metod komunikuje się z człowiekiem w znacznie lepszy i kompleksowy sposób niż prasa, książka czy telewizja. Tym narzędziem komunikacji od lat było kino.

Odzierając przekaz z korporacyjnych nacisków ze strony władz na prezenterów telewizyjnych, którzy muszą nawet myśleć jak ich szefowie (świetnie prezentuje to film ”Sieć” z 1976r.), cięć wydawców, którzy nie życzą sobie pewnych treści zawartych w książce czy też txtu opublikowanej w prasie ścisle zredagowany przez naczelnego, który posiadajacy jedyny i sluszny poglad na życie i świat.

Najuczciwszym i najbardziej bogatym w treść wydaje się być przekaz podany przez kino. Film wydaje się być, z perspektywy człowieka żyjącego w XXI. wieku jako idealna forma komunkacji z widzem. To też bodaj najbardziej przystępna forma komunikacji z ludzmi w 2016 roku. Treści zawarte w dobrym filmie mogą być przystępne dla młodego widza, ludzi w średnim wieku, ale i też osób u schyłku wieków. Każdy ma jeden, indywidualny sposób patrzenia na dany film, jeden bogatszy drugi mniej, ale trafia do ludzi najwięcej to co jest pokazane w kinie.

Z tego przywileju rozmawiania z ludzmi korzystało wielu amerykańskich reżyserów zaangażowanych politycznie (m.in Ellia Kazan, Jules Dassin) w pierwszej połowie XX wieku gdzie treści zawarte w tych filmach były odpowiednio odczytane przez ludzi bardziej dojrzałych, którzy dzielili swoje życie z losami bohaterów tychże autorów. Kino w latach 40tych i 50tych ubiegłego stulecia używało języka który trafił do niewykształconych pracowników fizycznych (imigrantów pracujących na stałe w USA) jak i grupy intelektualistów. Kino stało się płaszczyzną międzynarodowej debaty o hierarchię wartości w świecie gdzie ktoś z zewnątrz, spoza twojego lokalnego środowiska staje się nagle twoim sąsiądem i pełnoprawnym obywatelem Stanów Zjednoczonych. Do tego niezwykle gorącego tematu rzadko który twórca odnosił się bez emocjonalnego zaangażowania. Bardziej na chłodno, z perspektywy cichego obserwatora najwiekszych wydarzeń opowiada o imigrantach Sidney Lumet – człowiek o żydowskich korzeniach, który z powodzeniem radził sobie w amerykańskim świecie filmowym mimo swoich liberalnych poglądów w dość konserwatywnym środowisku filmowców. Zaczynał od reżyserowania ogromnych ilości odcinków z serii Playhouse 90, The Alcoa Hour czy Studio One. Z tej ostatniej serii wyszedł jeden odcinek, który Lumet sam wyreżował w 1957 już jako film pełnometrażowy.

12 gniewnych ludzi opowiada o grupce 12 przysięgłych, którzy mają zadecydować o losie 16 latka oskarżonego o morderstwo własnego ojca. Właściwie opis tego filmu na tym można by zakończyć bo tak widzi ten tytuł 3/4 współczesnego polskiego społeczeństwa, ale warto rozpatrzyć ten film w nieco innym szerszym wymiarze. Lumet – w nieco zmienionej wersji filmowej względem telewizyjnej pokazuje obraz życia z perspektywy i wszystko wiedzącego, wojującego prostaka ale i też zastanawiającego się, ciągle poszukującego prawdy cichego architekta. Środowisko 12 gniewnych ludzi jest niejednolite. Mało tego nawet wsród obozu, ktore na początku filmu widz kategoryzuje jako ci najbardziej oporni na wszelkie argumenty poddające w wątpliwość wyrok sądu, gdzie zazwyczaj razem polują na innych bardziej rozumnych przysięgłych znajdą się persony najmniej pożadane, które w pewnym momencie się od nich odwracają/odcinają. Na tym polega specyfika twórczości Sidneya Lumeta. Poprzez grupę osób opisuje mechanizm działania społeczeństwa, ich odległych od siebie interesów oraz symbiozy która na dłuższą metę nie jest możliwa. Scenariusz oryginalnej telewizyjnej wersji 12 gniewnych ludzi z 1954r mówi m.in o maklerze giełdowym, sprzedawcy, architekcie i zegarmistrzu prezentując zarys amerykańskiego społeczeństwa lat 50tych XX wieku gdzie gorsze i mniej szanowane zawody są (z urzędu niemalże) przydzielone imigrantom z Europy a te najbardziej wymagające, szanowane są okupowane przez rodowitych amerykanów. W wersji telewizyjnej (czego niestety nie ujrzymy w filmie Lumeta) jest jeden wielce interesujący fragment gdy jeden z młodych uczestników dochodzenia wstydzi się zdemaskowania gdy wiedział jak posługiwać się nożem sprężynowym. Ta metropolia interesów staje się karkołomnym zadaniem dla jedynego sprawiedliwego, który przez większość czasu musiał wojować się o zwykłą chwilę zastanowienia. Reżyser z Brooklynu poprzez ruch kamery (od postaci do postaci bez skupienia się na jednym bohaterze) uwypukla mizerną wartość historyczną życia przedstawionego w filmie z 1957r stawiając znak równości między tymi co są na zewnątrz sali obrad, osób czekających na swoją kolej a tytułowymi 12 gniewnych ludzi. Sprawiedliwość architekta ( a więc człowieka słusznie posądzonego o precyzyjny sposób myślenia) jest co rusz torpedowana przez groteskową postawę …kogo? Tu pozostawiam miejsce dla widzów. Wiekszość interesowała jak najszybszym zamknięciem sprawy a tym skazaniem nastolatka na smierć. Większość zebranych nie miała świadomości rangi sprawy czym filmowiec chciał uwypuklić oschłość administracji w sądach dotyczących ludzkich losów. Żonglowanie czyimś życiem jest dla filmowca czymś tak oczywistym jak napaści na starsze kobiety w Brooklynie czy zabicie drobnego złodziejaszka przez funkcjonariusza policji dla widza. Ma jakaś rangę zgorszenia, ale bez większego wpływu na społeczeństwo. Większy rozgłos zyskuje się gdy w sprawie biorą udział młodociani przestępcy z niezbyt dobrych domów o innej karnacji. Wtedy zaczyna się huk protestów. Bohaterowie filmów Lumeta nie podążali w swoim działaniu za tymczasową sławą i rozgłosem. Nie, to był efekt uboczny. Ten ich cichy heroizm ma jednego odbiorcę – miasto. Ich nazwiska nigdy nie znajdą się w podręcznikach historii – ale ocalą jedno (12 gniewnych ludzi, Lombardzista, Werdykt) albo kilkadziesiąt istnień ludzkich (Wzgórze). Jedna tkanka społeczna, której równowaga zostaje zachwiana przez jedną osobę WĄTPIĄCĄ. Filmy nowojorczyka nie mają w sobie nic z jezusowego cierpiętnictwa. Jednostki walczyły o sprawiedliwość ziemską tylko dla pojedynczych, niesłusznie uciśnionych przez los osób. To nie księża, poeci czy filozofowie wojują z całą lokalną administracją. To z reguły podrzędni, przeciętni ludzie, którzy mieli odwagę czy bardziej chęć działania tworzenia nowej rzeczywistości.

Ich całe życie sprowadzało się do walki – nie mieli rodzin, zobowiązań, kolegów, hobby. Ich walka definiowała samych siebie. Stawali się cichymi bohaterami bez większych szans naśladowcow. Kroczyli ścieżkami, które wyznaczone są tylko dla nielicznych. Pojedynek jendostki przeciw wiekszości przybierał w utworach Lumeta różne odcienie, ale hasło przewodnie jego filmów pozostawało zawsze takie same. Ja, moje życie, ma wartość (jak głosił to pewien szaleniec w ”Sieci” z 1976r.) do diabła, musicie się liczyć z moim głosem bo niekiedy ten jeden głos (lub też niemy okrzyk jak miało to miejsce w przypadku filmu ”Lombardzista” z 1964r.) ma większe znaczenie niż setki innych . Na tym powinna opierać się siła prawa ludzkiego a historia (jak to było chociaż w przypadku Napoleona Bonaparte gdzie z groteskowo przeciętnej postaci wyrósł wielki przywódca) potwierdza słuszność Sidneya Lumeta.

Lumet unika jednoznaczności i ślepego podążania za czyjąś opinią czym wytorował sobie piękną kaierę reżyserską.

Poprzez swoje niezależne patrzenie na życie społeczeństwa amerykańskiego zyskał sobie uznanie. Patrzył na ludzi wystpeujących w jego filmach nie jak na byty statystującego w całej historii, ale na żywych ludzi z krwi i kości, których przeszłość i doświadczenie życiowe miało niejednokrotnie większe znaczenie niż opowieść głównej postaci. Poprzez pryzmat ludzi z boku Lumet nadawał swoim obrazom pełniejszy, ludzki wymiar w realiach gdzie administracja króluje a człowiek nie jest wart więcej niż czyjaś indywidualna pamięć. Bohaterowie jego filmów (grani przez takie sławy jak Pacino, Connery, Henry Fonda czy Paul Newman) byli równi w sensie socjalistycznym – równi pod względem otrzymania szansy w uczestniczenia w dorosłym życiu. Byli aktywnymi członkami amerykańskiej demokracji, ale poszli w kierunku znacznie bardziej wymagającym – moralnej odnowy zastanego stanu rzeczy.

Lumet w swej romantycznej wizji na poczatku swojej kariery reżyserskiej przedstawia swojego bohatera charakterologicznie bliskiemu aniołowi. Dopiero pózniej , w kolejnych latach ten archetyp bohatera walczącego o sprawiedliwość wraz z nabraniem doświadczenia życiowego przybierze formę człowieka zgorzkniałego, wycofanego bez szans na dalsze normalne życie (podczas jednego z wywiadów przy realizacji ”Księcia Miasta” mówił, że ma wielu znajomych policjnatów, którzy wraz z upływem lat popadają popadają w alkoholizm widząc to co się dzieje w policji).

Niewinność kończy się wraz z opuszczeniem budynkiem sądu wojewódzkiego w Nowym Jorku. Lumet już wtedy wiedział, że ta pierwsza wygrana bitwa wcale nie zwiastuje końcowego triumfu sprawiedliwości co idealnie podsumował w tragikomicznym ”Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz”.

D.O.A (1950) Rudolph Mate

Czy ktoś z Nas, w zalewie codziennych obowiązków i ciągłego pośpiechu, zastanawia  się ile jedna z pozoru niewinna decyzja może kosztować? Ile jedno niedopatrzenie może przynieść szkody, a niekiedy może mieć nawet ciężar życia ludzkiego.

Filmy z gatunku noir opowiadały z reguły o osobach jednoznacznie złych, zdemoralizowanych pozbawione wszelkich złudzeń odnośnie życia w Ameryce latach 50tych XX wieku. W kwestii codziennego działania były łudząco podobne do dzisiejszego, w pełni zatomizowanego świata. Brak relacji rodzinnych, więzy społecznych, przyjaciół, czy nawet kontaktów z ludzmi z pracy. Wszyscy działali na własny rachunek. Ekonomiczny, ale i też moralny. Każdy pracował z myślą przede wszystkim o własnym zabezpieczeniu życia na pózniejsze lata co w dobie dzisiejszych realiów brzmi jak złowroga przepowiednia ludzkiego egoizmu w czasach finansowej katastrofy. Nikt nie lubi dzielić się własnym ”tortem”, a niejednokrotnie zdarzają się przypadki gdzie jeden drugiego utopiłby w łyżce wody. Jeden może drugiego zniechęcić, inny może udupić robiąc to z dziecinną lekkomyślnością nie zdając sobie nawet sprawy gdzie takie postępowanie może ludzie zawiezć. Właśnie to ta owa lekkomyślność głównego bohatera jest oznaką zła w filmie Rudolphe’a Mate. Nie zabija bezpośrednio z kuli pistoletu przy zetknięciu ze sprawcą zbrodni, a ”jedynie” popełnia druki, które mają znaczenie tyle nie zawsze wiadomo jak ważną.

Frank Bigelow to szanowana postać swojego małego świata, gdzie wszystko ma swój ład i porządek. Nic nie może być bez jego wiedzy i podpisu. On wyznacza kierunek gdzie potoczy się jego kilka następnych lat i ten stan rzeczy zdaje się mu wyraznie odpowiadać. Wystarczy jednak tylko by wychylił się poza swoje lokalne środowisko a zaczynają się dziać rzeczy o których zapewne nigdy by o sobie nigdy nie mógł powiedzieć. Robi się nagle roztrzęsiony, roztrzepany, działa pod wpływem impulsu, gubi się a jego mózg zaczyna niebezpiecznie szybko funkcjonować, który zapewne nigdy nie był zmuszony do działania w takich okolicznościach. Do pełni nieszczęścia należy dodać bardzo powolną osobowość Franka, który przywyknął do życia na wolnych obrotach. To w jaki sposób bawi się nim partnerka głównego bohatera może przyprawić o konwulsje nawet najcierpliwszych. Zmienia nagle ton rozmowy płynnie przechodząć z ”kochanie” do ”Panie Bigelow” sprowadzając nieco nieporadnego bohatera do jeszcze większego zagubienia.

Ta jednak powolność ma jednak swoje pozytywne strony analizując jednak dość sprawnie to co wypowiada ze swoich ust Paula. Pozwala mu to dotrzeć, pokracznie, ale jednak, do swojego zabójcy który zabił jeszcze żyjącego Franka Bigelow.

Ta jego śmiertelność, ograniczony czas do wpływania na rzeczywistość bardzo sprawnie opisuje jego dotychczasową niedołężność w działaniu skutkująca chaosem organizacyjnym w pracy, brakiem zaangażowania w tworzeniu zdrowych relacji z kobietami gdzie ludzie darzą się nawzajem szacunkiem oraz życiem poza pracą, która nie będzie się kończyć tylko na małomiasteczkowym piwku przy akompaniamencie niezbyt górnolotnych rytmów. Impuls do działania i przebudzenie nastąpi dopiero po usłyszeniu wiadomości, że został otruty i pozostało mu kilka dni życia. Niby ma własną firmę, niby ma kobietę, ale w głębi duszy nie wie, że się dusi i potrzebuje większej przestrzeni by mógł zacząć po prostu cieszyć się życiem. Pokazuje to choćby jego wizyta w San Francisco gdzie dosłownie nie może oderwać się od nowego trybu życia gdzie króluje taniec, wino oraz radosne poznawanie nowych osób. Nawet gdy rozrywa kartkę na którym jest adres nowo poznanej pięknej kobiety nie do końca ten jego uśmieszek satysfakcji wygranej walki z pokusą wydaje się dla nas przekonywujący. Bo i on sam podczas prywatnego dochodzenia robi gafy, które każą nam przypuszczać, że to nie do końca całkiem normalny człowiek z którego zdaniem warto się liczyć. Działa po omacku, nie zwraca uwagi na szczegóły, staje się wyjątkowo agresywny wobec ludzi. Postępuje jak każdy pospolity człowiek, który walczy o przeżycie? Ciężko nam jednoznacznie powiedzieć z pozycji ludzi niezagrożonych niebezpieczeństwem podtrucia, ale wystarczy chwila zastanowienia by powiedzieć, że to nie jest walka z czasem a jedynie rozpaczliwa szamotanina.

Ja jednak nie ograniczałbym desperacko romantycznej walki o rozwiązanie zagadki do jednej fiolki trucizny, którą zaaplikowano Frankowi podczas zabawy z nieznajomymi w barze.

Lekkomyślność w podejściu do ludzi, bratanie się z ludzmi niegodnymi zaufania, zbyt lekkie przechodzenie wobec oczywistych faktów (facet w laboratorium fotografii mówił Frankowi, że te zdjęcie jest przecież podpisane nazwiskiem na głos którego nasz bohater nagle się ożywił.) To też pokazuje smutny fakt, że to właściwy człowiek we właściwym miejscu (miasteczku gdzie odpowiedzialność nie jest aż tak duża bo wiedza do wykonywanych zawodów nie jest aż tak niezbędna by móc pracować w swoim zawodzie) a to co przydarzyło mu się na końcu filmu jest naturalnym następstwem jego czynów popełnionych w przeszłości. Bardziej widzimy go jako bohatera romantycznego rozpaczliwie dążącego do sprawiedliwości niż z tego czego się dopuścił z przebiegu filmu . Tylko czym jest ta sprawiedliwość skoro jest się już martwym? Jego ostatnia prośba nie zmieni nagle obrazu całego jego życia, które można określić bardzo prosto i brutalnie tak jak opisywali codzienność pisarze tacy jak Raymond Chandler. To też przestroga dla nas, zwykłych, że to co popełniliśmy w przeszłości może mieć bardzo karkołomne konsekwencje w przyszłości. Brak planowania przyszłości, zbytnie ufanie losowi to co sam przyniesie powoduje to, że stajemy się niewolnikami samych siebie i własnych małego, bardzo ciasnego świata którego częścią była znaczna grupa amerykańskich obywateli pracujących w latach 50tych XX wieku. Frank chciał uniknąć rzeczy która wydawała się być dla niego karą. Zrozumienia jak bardzo daleko jest od doskonałości.