D.O.A (1950) Rudolph Mate

Czy ktoś z Nas, w zalewie codziennych obowiązków i ciągłego pośpiechu, zastanawia  się ile jedna z pozoru niewinna decyzja może kosztować? Ile jedno niedopatrzenie może przynieść szkody, a niekiedy może mieć nawet ciężar życia ludzkiego.

Filmy z gatunku noir opowiadały z reguły o osobach jednoznacznie złych, zdemoralizowanych pozbawione wszelkich złudzeń odnośnie życia w Ameryce latach 50tych XX wieku. W kwestii codziennego działania były łudząco podobne do dzisiejszego, w pełni zatomizowanego świata. Brak relacji rodzinnych, więzy społecznych, przyjaciół, czy nawet kontaktów z ludzmi z pracy. Wszyscy działali na własny rachunek. Ekonomiczny, ale i też moralny. Każdy pracował z myślą przede wszystkim o własnym zabezpieczeniu życia na pózniejsze lata co w dobie dzisiejszych realiów brzmi jak złowroga przepowiednia ludzkiego egoizmu w czasach finansowej katastrofy. Nikt nie lubi dzielić się własnym ”tortem”, a niejednokrotnie zdarzają się przypadki gdzie jeden drugiego utopiłby w łyżce wody. Jeden może drugiego zniechęcić, inny może udupić robiąc to z dziecinną lekkomyślnością nie zdając sobie nawet sprawy gdzie takie postępowanie może ludzie zawiezć. Właśnie to ta owa lekkomyślność głównego bohatera jest oznaką zła w filmie Rudolphe’a Mate. Nie zabija bezpośrednio z kuli pistoletu przy zetknięciu ze sprawcą zbrodni, a ”jedynie” popełnia druki, które mają znaczenie tyle nie zawsze wiadomo jak ważną.

Frank Bigelow to szanowana postać swojego małego świata, gdzie wszystko ma swój ład i porządek. Nic nie może być bez jego wiedzy i podpisu. On wyznacza kierunek gdzie potoczy się jego kilka następnych lat i ten stan rzeczy zdaje się mu wyraznie odpowiadać. Wystarczy jednak tylko by wychylił się poza swoje lokalne środowisko a zaczynają się dziać rzeczy o których zapewne nigdy by o sobie nigdy nie mógł powiedzieć. Robi się nagle roztrzęsiony, roztrzepany, działa pod wpływem impulsu, gubi się a jego mózg zaczyna niebezpiecznie szybko funkcjonować, który zapewne nigdy nie był zmuszony do działania w takich okolicznościach. Do pełni nieszczęścia należy dodać bardzo powolną osobowość Franka, który przywyknął do życia na wolnych obrotach. To w jaki sposób bawi się nim partnerka głównego bohatera może przyprawić o konwulsje nawet najcierpliwszych. Zmienia nagle ton rozmowy płynnie przechodząć z ”kochanie” do ”Panie Bigelow” sprowadzając nieco nieporadnego bohatera do jeszcze większego zagubienia.

Ta jednak powolność ma jednak swoje pozytywne strony analizując jednak dość sprawnie to co wypowiada ze swoich ust Paula. Pozwala mu to dotrzeć, pokracznie, ale jednak, do swojego zabójcy który zabił jeszcze żyjącego Franka Bigelow.

Ta jego śmiertelność, ograniczony czas do wpływania na rzeczywistość bardzo sprawnie opisuje jego dotychczasową niedołężność w działaniu skutkująca chaosem organizacyjnym w pracy, brakiem zaangażowania w tworzeniu zdrowych relacji z kobietami gdzie ludzie darzą się nawzajem szacunkiem oraz życiem poza pracą, która nie będzie się kończyć tylko na małomiasteczkowym piwku przy akompaniamencie niezbyt górnolotnych rytmów. Impuls do działania i przebudzenie nastąpi dopiero po usłyszeniu wiadomości, że został otruty i pozostało mu kilka dni życia. Niby ma własną firmę, niby ma kobietę, ale w głębi duszy nie wie, że się dusi i potrzebuje większej przestrzeni by mógł zacząć po prostu cieszyć się życiem. Pokazuje to choćby jego wizyta w San Francisco gdzie dosłownie nie może oderwać się od nowego trybu życia gdzie króluje taniec, wino oraz radosne poznawanie nowych osób. Nawet gdy rozrywa kartkę na którym jest adres nowo poznanej pięknej kobiety nie do końca ten jego uśmieszek satysfakcji wygranej walki z pokusą wydaje się dla nas przekonywujący. Bo i on sam podczas prywatnego dochodzenia robi gafy, które każą nam przypuszczać, że to nie do końca całkiem normalny człowiek z którego zdaniem warto się liczyć. Działa po omacku, nie zwraca uwagi na szczegóły, staje się wyjątkowo agresywny wobec ludzi. Postępuje jak każdy pospolity człowiek, który walczy o przeżycie? Ciężko nam jednoznacznie powiedzieć z pozycji ludzi niezagrożonych niebezpieczeństwem podtrucia, ale wystarczy chwila zastanowienia by powiedzieć, że to nie jest walka z czasem a jedynie rozpaczliwa szamotanina.

Ja jednak nie ograniczałbym desperacko romantycznej walki o rozwiązanie zagadki do jednej fiolki trucizny, którą zaaplikowano Frankowi podczas zabawy z nieznajomymi w barze.

Lekkomyślność w podejściu do ludzi, bratanie się z ludzmi niegodnymi zaufania, zbyt lekkie przechodzenie wobec oczywistych faktów (facet w laboratorium fotografii mówił Frankowi, że te zdjęcie jest przecież podpisane nazwiskiem na głos którego nasz bohater nagle się ożywił.) To też pokazuje smutny fakt, że to właściwy człowiek we właściwym miejscu (miasteczku gdzie odpowiedzialność nie jest aż tak duża bo wiedza do wykonywanych zawodów nie jest aż tak niezbędna by móc pracować w swoim zawodzie) a to co przydarzyło mu się na końcu filmu jest naturalnym następstwem jego czynów popełnionych w przeszłości. Bardziej widzimy go jako bohatera romantycznego rozpaczliwie dążącego do sprawiedliwości niż z tego czego się dopuścił z przebiegu filmu . Tylko czym jest ta sprawiedliwość skoro jest się już martwym? Jego ostatnia prośba nie zmieni nagle obrazu całego jego życia, które można określić bardzo prosto i brutalnie tak jak opisywali codzienność pisarze tacy jak Raymond Chandler. To też przestroga dla nas, zwykłych, że to co popełniliśmy w przeszłości może mieć bardzo karkołomne konsekwencje w przyszłości. Brak planowania przyszłości, zbytnie ufanie losowi to co sam przyniesie powoduje to, że stajemy się niewolnikami samych siebie i własnych małego, bardzo ciasnego świata którego częścią była znaczna grupa amerykańskich obywateli pracujących w latach 50tych XX wieku. Frank chciał uniknąć rzeczy która wydawała się być dla niego karą. Zrozumienia jak bardzo daleko jest od doskonałości.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.