Pózna jesień (1960) Yasujiro Ozu

Rzadko się zdarza byśmy mieli styczność z filmem niesłychanie filmowym ale i też niezwykle bogatym (i wpływowym na innych twórców) w treść która wydaje się być uniwersalna i ponadczasowa. Przemijanie w światowej kinematografii ma różne odcienie – (zupełnie jak w filmach Yasujiro Ozu). Bergman nadał jemu rangę teatralnej mumifikacji sprowadzając aktora do roli chwalebnego narzędzia stając się niejako ludzkim przedłużeniem misji Boga, który w starotestamentowym przekładzie bardziej zabiera niż daje, Visconti ubierał w piękne szaty moralnych upiorów którzy jak parszywe świnie niszcząc bez opamiętania dobytek potomnych gdzie sama mowa ludzi budzi obrzydzenie bo przypomina najbardziej nieprzyjemny największy możliwy jazgot a Orson Welles wzniósł go na poziom egotysycznego pomnika na który mogą patrzeć ludzi mierząc wartość człowieka tym co osiągnął w swoim życiu. Ile nacji tyle postrzegań. Jedne wyjątkowe, drugie bezpsrzeczne jednak każde wymienione nazwisko dało podwaliny pod nowe filmy. Upływ czasu w rozumieniu tych reżyserów ma jednak jedną wspólną cechą. Zawsze jest pesymistyczna. Bez wględu czy jest ten motyw utrzymany na poziomie historii, metafizyki czy też egzystencjalizmu zawsze w filmach z Zachodu motyw postrzegany jest jako coś okrutnego nieuchronnego, obrzydliwego, coś czego powinno się wyprzeć i wykorzenić ze świadomości przeciętnego człowieka. W opozycji do tego stanowiska stoi Daleki Wschód. Tam obowiązujący kult pracy i prostota życia walnie przyczyniły się do tego w jakim tonie tworzone były ( i dalej są choć już z nieco mniejszą częstotliwością) filmy z Japonii. Do roku 1954 filmy japońskie były ściśle kontrolowane przez rząd Japonii i spod jarzma totalitarnej władzy i jeśli reżyserzy planowali tworzyć utwory negujące powszechny obraz życia popierany przez władzę treści ukryte w dość sprytny sposób. Tak reżyserowali filmy między innymi 2 pionierzy kina przedwojennego w japońskiej kinematografii – Mikio Naruse oraz Kenji Mizoguchi. Oni zaczynali kręcić filmy w atmosferze politycznego bluszczu, który krązył nad ich głowami do końca ich karier filmowych.

Rzadko który reżyser wyrastał ponad polityczną aurę Japonii pierwszego połowy XX wieku. Do tych wyjątków zaliczał się m.in. Yasujiro Ozu. On rozpoczynając od błachych komedii przeszedł drogę artystycznę w której to – a jednak to rozsądek zwyciężył nad smutkiem, melancholią rozgoryczoną. Już pierwsze tytuły jego filmów ”Co z tego że mam dyplom” ”Co z tego, że oblałem” ”Urodziłem się, ale…” czy ”Był sobie ojciec” mówią wiele o filozofii życia nie tylko samego reżysera, ale i też dużej części japońskiego społeczeństwa. Ozu potomny przykrych doświadczeń w życiu osobistym (udział w wojnie) oraz niesfornego charakteru bardzo szybko pojął rzeczy które nam europejczykom bardzo powoli są uświadamiane. ”Nie śpiesz się”, ”Odpuść sobie” ,,Wyjdz na zewnątrz”, ”porozmawiaj przez chwilę” , ”odłóż to na pózniej” są dzisiaj w dobie panowania portali społecznościowych bliskie szaleństwu. Jak to mam odłożyć? Przecież jutro mam mnóstwo obowiązków! Nie zdążę!

Te sytuacje z życia Ozu nakazywał swoim nieprofesjonalnym aktorom przyjmować z pogodną rezygnacją. Ozu sprowadził ludzką egzystencje do naturalnego rytmu gdzie wszystko ma swój czas i miejsce przywrócając tym samym należytą wielką cześć i godność człowiekowi czyli to czego paradoksalnie zabrakło w najgłośniejszych dziełach wspomnianych wcześniej mistrzów kina. Co ciekawe posługując się narracją ciszy osiąga – w moim osobistym odczuciu – znacznie więcej niż pan Bergman, Visconti czy Welles posługując się bardziej echem (jak w przypadku Wellesa) Ta zachodnia ciągota czy wręcz pokusa do tragedii jest w bliskim sąsiedztwie ze zwykłym materializmem. Tej więzi z dobrami tego świata nie mają filmy japońskiego reżysera. Tu bardziej liczy się rozmowa, popijanie sake, żartowanie z kolegów. Zdjęcia kominów fabryk są tylko mało istotnym tłem dla . Zdecydowaną przewagę jeśli chodzi o zdjęcia stanowią wnętrza. Ciężka, nisko zawieszona kamera (znak rozpoznawczy reżysera) akcentowała ówczesną pozycję kobiet w powojennej Japonii. Młodych zdecydowanych pewych siebie podejmujące samodzielne odpowiedzialne decyzje życiowe oraz starszych wycofanych, podatnych na sugestie innych. Silna młoda kobieta oraz ( po raz pierwszy w historii kinematografii japońskiej!) powoli ustępujący mężczyzna była nowym znakiem czasów, które przebiegłemu obserwatorowi nie ujdzie uwadze. Ten kulminacyjny moment końca starego mężczyzny, przywiązanego do jednej kobiety i hołdujący typowym tradycyjnym wartościom znalazł się w ostatnim filmie Ozu ”Jesienne popołudnie”.

Przemijanie w ujęciu japońskiego filmowca zawsze na końcu co przypomina rytm montażu jego filmów czyli krótkie ujęcia na puste zamknięte pomieszczenia oraz długie powolne momenty gdzie kamera skupia sie na siedzacych bohaterach. Prostota, niesamowita wdzięczność za wszystko w życiu oraz wzajemny szacunek nie były tak bardzo akcentowane w innych filmach wybitnych reżyserów japońskich. Te cechy wybitnie japońskiego filmowca były (właściwie od początku całej jego twórczości) odpowiedzią na to co niesie życie i świat. Postawa bierna całkowicie obca nasza kulturze ale będąca w zgodzie z naturą. Człowiek w jego filmach jest zwykłym pracownikiem. Nie zadaje pytań. On tylko robi to co powinien. I to sprawia, że jest on nam, zwykłym zjadaczom chleba tak bliski. Na tym polega siła i wielkość Ozu.

Hollow Triumph (1948) Steve Sekely

Smutne obrazy amerykańskiej powojennej rzeczywistości raczej nie przyjmowały ciepłych odcieni bijących od bohaterów charakteryzującymi się pozytywnymi cechami jak odwaga, męstwo, braterstwo czy inteligencja. Nie, te cechy były nieco wykrzywione przez ciągłą, monotonną walką o materialny byt. Zamiast inteligencji bohaterowie tamtych filmów wykazywali się sprytem koniecznym by przetrwać w ciężkich realiach, braterstwo przyjmowało postać układów, kolesiostwa by samemu jak najwięcej skorzystać (często kosztem innych) a męstwo często przyjmowane jest jako brawura. Z tego posępnego krajobrazu filmów gatunku noir wychyla się film Steve’a Sekely’ego gdzie główną postacią jest mężczyzna wykształcony, po studiach (co w owych czasach było szanowane i cieszyło się prestiżem społecznym) wydawać by się mogło – istny rodzynek wśród zawistników i nienawistników tego kina. Rozwój wypadków każe jednak nam szybko zweryfikować swój pogląd na jego temat.

John Muller, owszem jest wykształcony, ale cierpi na tę samę przypadłość co anty bohaterowie ”czarnego” kina. Pragnie szybkiego, łatwego pieniądza by… no właśnie. Ustawić siebie i swoich kolegów do końca życia by nie musieć parobkować dla jakiego dorobkiewicza? Czy może udowodnić sobie, że jest dalej w formie i może wywinąć taki numer o którym gazety będą pisać nawet za 20, 30 lat. Spotykając się po latach spędzonych w więzieniu z dawnymi znajomymi John Muller czuje się skrępowany służalczo- minimalistyczną postawą życiową swoich ziomków. John potrzebuje emocji, spektaklu, patrzy na przyszłe życie jako wielka szansa z której trzeba korzystać. Zwykła praca z tygodniową pensją nie zaspokaja ambicji, a może bardziej pędu ku życiu dorosłego, acz niekoniecznie dojrzałego mężczyzny. Od Mullera promieniuje pewność siebie, wigor, chęć zdobywania świata. Jego pęd hamują kłopoty, których nawet on (jak to śmiesznie określili jego znajomi) nie potrafił przewidzieć i im zapobiec. Chwila dalszego obejrzenia sprawia, że z naszej twarzy znika pogardliwy uśmieszek i zaczynamy sobie uświadamiać, że jest bardzo blisko pierwszej poważnej porażki w życiu, ale przecież to dla niego, człowieka dla któtego sukces jest zarezerwowany czyli sexappeal, męstwo, bystrość, wielkie idee nie powinno być w ogóle miejsce. Facet z taką reputacją, z takimi papierami nie ma szans na spędzenie reszty swojego życia w pierdlu tylko dlatego, że kumple spieprzyli sprawę (jak mają to w zwyczaju) Twarz do tej pory żywa i tryskająca ekspresją nagle zaczyna przymierać i bliska jest temu co widzieliśmy w innych filmach gatunku noir – bezimiennych maskach, które tylko urzędowo można nazwać ludzkimi twarzami. Zaczyna się wahać i bać a to już te obszary psychologii człowieka które znał jak dotąd tylko z książek. Wkracza na teren dotąd mu obcy i musi się wykazać niesłychanym sprytem by wyjść cało ze szwanku.

Główny bohater wydaje się być przestraszony gdy ludzie mówią (kobieta, która z nim się spotyka) że wie dokładnie o czym myśli lub też po prostu doradzają by był ostrożnym (odnośnie jego blizny na twarzy by nie wdarła się do niej jakaś infekcja) czy też zwykłe zapytanie pracodawcy o szczegóły odejścia z poprzedniego miejsca pracy. Batalia o pozostanie nie zidentyfikowanym zmusza głównego bohatera do szpiegowania, pracowania w miejscach na które nigdy by się nie zgodził czy wreszcie… najtrudniejszej sztuki która przyszło mu się nauczyć – słuchania innych ludzi. Te uczenie się życia na nowo nie daje ukojenia. Jest tylko, kolejnym smutnym mechanicznym następstwem wydarzeń które były dla niego zarezerwowane. Noirowski fatalizm częściej zabiera niż daje. Tym razem jednak to nie główny bohater ma najbardziej złowieszcze oblicze. Pomruk grozy daje przede wszystkim społeczeństwo. Są otwarci, pomocni, ale nie mówią tego co naprawdę myślą. Egotyzm postaci prezentowanych w filmie jest nie mniejszy niż ludzi współczesnych. Można napisać więcej, są bardziej ślepi niż ludzie z tamtego okresu bo nie trudno jest przeoczyć wiele kluczowych momentów w całej tej historii. Sekretarka nie zauważa (po raz kolejny), że ma styczność z innym facetem niż przypuszcza mimo, że spędziłą z nim mnóstwo czasu (!!). Jedyna osoba, która zauważyła różnicę w wyglądzie mężczyzny to stara poczciwa sprzątaczka.

Anonim albo będąc bardziej precyzyjnym obcy nam człowiek jest tylko narzędziem w wielkiej machinie jaką napędzała wówczas gospodarka amerykańska. Ktoś po dyplomie, sprytny, ale jednak dalej pozostający człowiekiem bez ”lepszych papierów”. Mądry, ale nie wystarczająco by okazał się prawdziwym bohaterem. Umysł, który nigdy nie został należycie wykorzystany. Zjadła go historia czy może społeczeństwo amerykańskie (stawiające wówczas mocno na indywidualimz) nie potrafi pomóc takim osobom?

Po zakończeniu II wojny światowej (gdzie sąsiad był postrzegany jako osoba która może pomóc) każdy mieszkaniec USA staje się bardziej egocentryczny, skupiony na własnych problemach a erupcja degrengolady społecznej dopiero nastąpi w kolejnych dekadach sprowadzając ludzi do coraz większych okopów niż miało to miejsce podczas drugiej wojny światowej – ich własnych domach gdzie panem życia i śmierci stał się komputer.