12 angry men (1957) Sidney Lumet

Temat leciwy ale jakże aktualny. Tysiące uchodzców nacierają na Zachodnią Europę roku pańskiego 2016 z myślą życia spokojnego i dostatniego, z dala od luf karabinów oraz bomb. Przybywają na ziemię gdzie tolerancja znana jest przede wszystkim z akademickich podręczników oraz humanistycznych haseł środowisk lewicowych. Zetknięcie z rzeczywistością okazało się jednak wyjatkowo bolesne. Napaści na kobiety, masowe akty agresji. Cywilizacja zachodu poddana jest wielkiej próbie po której może nastąpić przemianowanie hucznych wartośći i zejscie do poziomu który był pierwotny dla Europy – czyli kontynentu jednolitego, posiadający chrześcijańskie korzenie wyznający te same wartości, przypisane dla tego miejsca w świecie.

Historia po raz kolejny udowadnia naiwność człowieka więrzącego w równość i braterstwo wszystkich ludzi zamieszkujących planetę. Są jednak tacy, a do nich należą również filmowcy, którzy kwestionują zastany porządek i poprzez nieakademicką ale wielce pouczającą historię pokazać obraz świata, który nie jest tak prosty jak pokazują mass media, ale i też nie tak niesamowicie skomplikowany jak przekazują książki lewicowych uczonych. Używając prostych metod komunikuje się z człowiekiem w znacznie lepszy i kompleksowy sposób niż prasa, książka czy telewizja. Tym narzędziem komunikacji od lat było kino.

Odzierając przekaz z korporacyjnych nacisków ze strony władz na prezenterów telewizyjnych, którzy muszą nawet myśleć jak ich szefowie (świetnie prezentuje to film ”Sieć” z 1976r.), cięć wydawców, którzy nie życzą sobie pewnych treści zawartych w książce czy też txtu opublikowanej w prasie ścisle zredagowany przez naczelnego, który posiadajacy jedyny i sluszny poglad na życie i świat.

Najuczciwszym i najbardziej bogatym w treść wydaje się być przekaz podany przez kino. Film wydaje się być, z perspektywy człowieka żyjącego w XXI. wieku jako idealna forma komunkacji z widzem. To też bodaj najbardziej przystępna forma komunikacji z ludzmi w 2016 roku. Treści zawarte w dobrym filmie mogą być przystępne dla młodego widza, ludzi w średnim wieku, ale i też osób u schyłku wieków. Każdy ma jeden, indywidualny sposób patrzenia na dany film, jeden bogatszy drugi mniej, ale trafia do ludzi najwięcej to co jest pokazane w kinie.

Z tego przywileju rozmawiania z ludzmi korzystało wielu amerykańskich reżyserów zaangażowanych politycznie (m.in Ellia Kazan, Jules Dassin) w pierwszej połowie XX wieku gdzie treści zawarte w tych filmach były odpowiednio odczytane przez ludzi bardziej dojrzałych, którzy dzielili swoje życie z losami bohaterów tychże autorów. Kino w latach 40tych i 50tych ubiegłego stulecia używało języka który trafił do niewykształconych pracowników fizycznych (imigrantów pracujących na stałe w USA) jak i grupy intelektualistów. Kino stało się płaszczyzną międzynarodowej debaty o hierarchię wartości w świecie gdzie ktoś z zewnątrz, spoza twojego lokalnego środowiska staje się nagle twoim sąsiądem i pełnoprawnym obywatelem Stanów Zjednoczonych. Do tego niezwykle gorącego tematu rzadko który twórca odnosił się bez emocjonalnego zaangażowania. Bardziej na chłodno, z perspektywy cichego obserwatora najwiekszych wydarzeń opowiada o imigrantach Sidney Lumet – człowiek o żydowskich korzeniach, który z powodzeniem radził sobie w amerykańskim świecie filmowym mimo swoich liberalnych poglądów w dość konserwatywnym środowisku filmowców. Zaczynał od reżyserowania ogromnych ilości odcinków z serii Playhouse 90, The Alcoa Hour czy Studio One. Z tej ostatniej serii wyszedł jeden odcinek, który Lumet sam wyreżował w 1957 już jako film pełnometrażowy.

12 gniewnych ludzi opowiada o grupce 12 przysięgłych, którzy mają zadecydować o losie 16 latka oskarżonego o morderstwo własnego ojca. Właściwie opis tego filmu na tym można by zakończyć bo tak widzi ten tytuł 3/4 współczesnego polskiego społeczeństwa, ale warto rozpatrzyć ten film w nieco innym szerszym wymiarze. Lumet – w nieco zmienionej wersji filmowej względem telewizyjnej pokazuje obraz życia z perspektywy i wszystko wiedzącego, wojującego prostaka ale i też zastanawiającego się, ciągle poszukującego prawdy cichego architekta. Środowisko 12 gniewnych ludzi jest niejednolite. Mało tego nawet wsród obozu, ktore na początku filmu widz kategoryzuje jako ci najbardziej oporni na wszelkie argumenty poddające w wątpliwość wyrok sądu, gdzie zazwyczaj razem polują na innych bardziej rozumnych przysięgłych znajdą się persony najmniej pożadane, które w pewnym momencie się od nich odwracają/odcinają. Na tym polega specyfika twórczości Sidneya Lumeta. Poprzez grupę osób opisuje mechanizm działania społeczeństwa, ich odległych od siebie interesów oraz symbiozy która na dłuższą metę nie jest możliwa. Scenariusz oryginalnej telewizyjnej wersji 12 gniewnych ludzi z 1954r mówi m.in o maklerze giełdowym, sprzedawcy, architekcie i zegarmistrzu prezentując zarys amerykańskiego społeczeństwa lat 50tych XX wieku gdzie gorsze i mniej szanowane zawody są (z urzędu niemalże) przydzielone imigrantom z Europy a te najbardziej wymagające, szanowane są okupowane przez rodowitych amerykanów. W wersji telewizyjnej (czego niestety nie ujrzymy w filmie Lumeta) jest jeden wielce interesujący fragment gdy jeden z młodych uczestników dochodzenia wstydzi się zdemaskowania gdy wiedział jak posługiwać się nożem sprężynowym. Ta metropolia interesów staje się karkołomnym zadaniem dla jedynego sprawiedliwego, który przez większość czasu musiał wojować się o zwykłą chwilę zastanowienia. Reżyser z Brooklynu poprzez ruch kamery (od postaci do postaci bez skupienia się na jednym bohaterze) uwypukla mizerną wartość historyczną życia przedstawionego w filmie z 1957r stawiając znak równości między tymi co są na zewnątrz sali obrad, osób czekających na swoją kolej a tytułowymi 12 gniewnych ludzi. Sprawiedliwość architekta ( a więc człowieka słusznie posądzonego o precyzyjny sposób myślenia) jest co rusz torpedowana przez groteskową postawę …kogo? Tu pozostawiam miejsce dla widzów. Wiekszość interesowała jak najszybszym zamknięciem sprawy a tym skazaniem nastolatka na smierć. Większość zebranych nie miała świadomości rangi sprawy czym filmowiec chciał uwypuklić oschłość administracji w sądach dotyczących ludzkich losów. Żonglowanie czyimś życiem jest dla filmowca czymś tak oczywistym jak napaści na starsze kobiety w Brooklynie czy zabicie drobnego złodziejaszka przez funkcjonariusza policji dla widza. Ma jakaś rangę zgorszenia, ale bez większego wpływu na społeczeństwo. Większy rozgłos zyskuje się gdy w sprawie biorą udział młodociani przestępcy z niezbyt dobrych domów o innej karnacji. Wtedy zaczyna się huk protestów. Bohaterowie filmów Lumeta nie podążali w swoim działaniu za tymczasową sławą i rozgłosem. Nie, to był efekt uboczny. Ten ich cichy heroizm ma jednego odbiorcę – miasto. Ich nazwiska nigdy nie znajdą się w podręcznikach historii – ale ocalą jedno (12 gniewnych ludzi, Lombardzista, Werdykt) albo kilkadziesiąt istnień ludzkich (Wzgórze). Jedna tkanka społeczna, której równowaga zostaje zachwiana przez jedną osobę WĄTPIĄCĄ. Filmy nowojorczyka nie mają w sobie nic z jezusowego cierpiętnictwa. Jednostki walczyły o sprawiedliwość ziemską tylko dla pojedynczych, niesłusznie uciśnionych przez los osób. To nie księża, poeci czy filozofowie wojują z całą lokalną administracją. To z reguły podrzędni, przeciętni ludzie, którzy mieli odwagę czy bardziej chęć działania tworzenia nowej rzeczywistości.

Ich całe życie sprowadzało się do walki – nie mieli rodzin, zobowiązań, kolegów, hobby. Ich walka definiowała samych siebie. Stawali się cichymi bohaterami bez większych szans naśladowcow. Kroczyli ścieżkami, które wyznaczone są tylko dla nielicznych. Pojedynek jendostki przeciw wiekszości przybierał w utworach Lumeta różne odcienie, ale hasło przewodnie jego filmów pozostawało zawsze takie same. Ja, moje życie, ma wartość (jak głosił to pewien szaleniec w ”Sieci” z 1976r.) do diabła, musicie się liczyć z moim głosem bo niekiedy ten jeden głos (lub też niemy okrzyk jak miało to miejsce w przypadku filmu ”Lombardzista” z 1964r.) ma większe znaczenie niż setki innych . Na tym powinna opierać się siła prawa ludzkiego a historia (jak to było chociaż w przypadku Napoleona Bonaparte gdzie z groteskowo przeciętnej postaci wyrósł wielki przywódca) potwierdza słuszność Sidneya Lumeta.

Lumet unika jednoznaczności i ślepego podążania za czyjąś opinią czym wytorował sobie piękną kaierę reżyserską.

Poprzez swoje niezależne patrzenie na życie społeczeństwa amerykańskiego zyskał sobie uznanie. Patrzył na ludzi wystpeujących w jego filmach nie jak na byty statystującego w całej historii, ale na żywych ludzi z krwi i kości, których przeszłość i doświadczenie życiowe miało niejednokrotnie większe znaczenie niż opowieść głównej postaci. Poprzez pryzmat ludzi z boku Lumet nadawał swoim obrazom pełniejszy, ludzki wymiar w realiach gdzie administracja króluje a człowiek nie jest wart więcej niż czyjaś indywidualna pamięć. Bohaterowie jego filmów (grani przez takie sławy jak Pacino, Connery, Henry Fonda czy Paul Newman) byli równi w sensie socjalistycznym – równi pod względem otrzymania szansy w uczestniczenia w dorosłym życiu. Byli aktywnymi członkami amerykańskiej demokracji, ale poszli w kierunku znacznie bardziej wymagającym – moralnej odnowy zastanego stanu rzeczy.

Lumet w swej romantycznej wizji na poczatku swojej kariery reżyserskiej przedstawia swojego bohatera charakterologicznie bliskiemu aniołowi. Dopiero pózniej , w kolejnych latach ten archetyp bohatera walczącego o sprawiedliwość wraz z nabraniem doświadczenia życiowego przybierze formę człowieka zgorzkniałego, wycofanego bez szans na dalsze normalne życie (podczas jednego z wywiadów przy realizacji ”Księcia Miasta” mówił, że ma wielu znajomych policjnatów, którzy wraz z upływem lat popadają popadają w alkoholizm widząc to co się dzieje w policji).

Niewinność kończy się wraz z opuszczeniem budynkiem sądu wojewódzkiego w Nowym Jorku. Lumet już wtedy wiedział, że ta pierwsza wygrana bitwa wcale nie zwiastuje końcowego triumfu sprawiedliwości co idealnie podsumował w tragikomicznym ”Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz”.

D.O.A (1950) Rudolph Mate

Czy ktoś z Nas, w zalewie codziennych obowiązków i ciągłego pośpiechu, zastanawia  się ile jedna z pozoru niewinna decyzja może kosztować? Ile jedno niedopatrzenie może przynieść szkody, a niekiedy może mieć nawet ciężar życia ludzkiego.

Filmy z gatunku noir opowiadały z reguły o osobach jednoznacznie złych, zdemoralizowanych pozbawione wszelkich złudzeń odnośnie życia w Ameryce latach 50tych XX wieku. W kwestii codziennego działania były łudząco podobne do dzisiejszego, w pełni zatomizowanego świata. Brak relacji rodzinnych, więzy społecznych, przyjaciół, czy nawet kontaktów z ludzmi z pracy. Wszyscy działali na własny rachunek. Ekonomiczny, ale i też moralny. Każdy pracował z myślą przede wszystkim o własnym zabezpieczeniu życia na pózniejsze lata co w dobie dzisiejszych realiów brzmi jak złowroga przepowiednia ludzkiego egoizmu w czasach finansowej katastrofy. Nikt nie lubi dzielić się własnym ”tortem”, a niejednokrotnie zdarzają się przypadki gdzie jeden drugiego utopiłby w łyżce wody. Jeden może drugiego zniechęcić, inny może udupić robiąc to z dziecinną lekkomyślnością nie zdając sobie nawet sprawy gdzie takie postępowanie może ludzie zawiezć. Właśnie to ta owa lekkomyślność głównego bohatera jest oznaką zła w filmie Rudolphe’a Mate. Nie zabija bezpośrednio z kuli pistoletu przy zetknięciu ze sprawcą zbrodni, a ”jedynie” popełnia druki, które mają znaczenie tyle nie zawsze wiadomo jak ważną.

Frank Bigelow to szanowana postać swojego małego świata, gdzie wszystko ma swój ład i porządek. Nic nie może być bez jego wiedzy i podpisu. On wyznacza kierunek gdzie potoczy się jego kilka następnych lat i ten stan rzeczy zdaje się mu wyraznie odpowiadać. Wystarczy jednak tylko by wychylił się poza swoje lokalne środowisko a zaczynają się dziać rzeczy o których zapewne nigdy by o sobie nigdy nie mógł powiedzieć. Robi się nagle roztrzęsiony, roztrzepany, działa pod wpływem impulsu, gubi się a jego mózg zaczyna niebezpiecznie szybko funkcjonować, który zapewne nigdy nie był zmuszony do działania w takich okolicznościach. Do pełni nieszczęścia należy dodać bardzo powolną osobowość Franka, który przywyknął do życia na wolnych obrotach. To w jaki sposób bawi się nim partnerka głównego bohatera może przyprawić o konwulsje nawet najcierpliwszych. Zmienia nagle ton rozmowy płynnie przechodząć z ”kochanie” do ”Panie Bigelow” sprowadzając nieco nieporadnego bohatera do jeszcze większego zagubienia.

Ta jednak powolność ma jednak swoje pozytywne strony analizując jednak dość sprawnie to co wypowiada ze swoich ust Paula. Pozwala mu to dotrzeć, pokracznie, ale jednak, do swojego zabójcy który zabił jeszcze żyjącego Franka Bigelow.

Ta jego śmiertelność, ograniczony czas do wpływania na rzeczywistość bardzo sprawnie opisuje jego dotychczasową niedołężność w działaniu skutkująca chaosem organizacyjnym w pracy, brakiem zaangażowania w tworzeniu zdrowych relacji z kobietami gdzie ludzie darzą się nawzajem szacunkiem oraz życiem poza pracą, która nie będzie się kończyć tylko na małomiasteczkowym piwku przy akompaniamencie niezbyt górnolotnych rytmów. Impuls do działania i przebudzenie nastąpi dopiero po usłyszeniu wiadomości, że został otruty i pozostało mu kilka dni życia. Niby ma własną firmę, niby ma kobietę, ale w głębi duszy nie wie, że się dusi i potrzebuje większej przestrzeni by mógł zacząć po prostu cieszyć się życiem. Pokazuje to choćby jego wizyta w San Francisco gdzie dosłownie nie może oderwać się od nowego trybu życia gdzie króluje taniec, wino oraz radosne poznawanie nowych osób. Nawet gdy rozrywa kartkę na którym jest adres nowo poznanej pięknej kobiety nie do końca ten jego uśmieszek satysfakcji wygranej walki z pokusą wydaje się dla nas przekonywujący. Bo i on sam podczas prywatnego dochodzenia robi gafy, które każą nam przypuszczać, że to nie do końca całkiem normalny człowiek z którego zdaniem warto się liczyć. Działa po omacku, nie zwraca uwagi na szczegóły, staje się wyjątkowo agresywny wobec ludzi. Postępuje jak każdy pospolity człowiek, który walczy o przeżycie? Ciężko nam jednoznacznie powiedzieć z pozycji ludzi niezagrożonych niebezpieczeństwem podtrucia, ale wystarczy chwila zastanowienia by powiedzieć, że to nie jest walka z czasem a jedynie rozpaczliwa szamotanina.

Ja jednak nie ograniczałbym desperacko romantycznej walki o rozwiązanie zagadki do jednej fiolki trucizny, którą zaaplikowano Frankowi podczas zabawy z nieznajomymi w barze.

Lekkomyślność w podejściu do ludzi, bratanie się z ludzmi niegodnymi zaufania, zbyt lekkie przechodzenie wobec oczywistych faktów (facet w laboratorium fotografii mówił Frankowi, że te zdjęcie jest przecież podpisane nazwiskiem na głos którego nasz bohater nagle się ożywił.) To też pokazuje smutny fakt, że to właściwy człowiek we właściwym miejscu (miasteczku gdzie odpowiedzialność nie jest aż tak duża bo wiedza do wykonywanych zawodów nie jest aż tak niezbędna by móc pracować w swoim zawodzie) a to co przydarzyło mu się na końcu filmu jest naturalnym następstwem jego czynów popełnionych w przeszłości. Bardziej widzimy go jako bohatera romantycznego rozpaczliwie dążącego do sprawiedliwości niż z tego czego się dopuścił z przebiegu filmu . Tylko czym jest ta sprawiedliwość skoro jest się już martwym? Jego ostatnia prośba nie zmieni nagle obrazu całego jego życia, które można określić bardzo prosto i brutalnie tak jak opisywali codzienność pisarze tacy jak Raymond Chandler. To też przestroga dla nas, zwykłych, że to co popełniliśmy w przeszłości może mieć bardzo karkołomne konsekwencje w przyszłości. Brak planowania przyszłości, zbytnie ufanie losowi to co sam przyniesie powoduje to, że stajemy się niewolnikami samych siebie i własnych małego, bardzo ciasnego świata którego częścią była znaczna grupa amerykańskich obywateli pracujących w latach 50tych XX wieku. Frank chciał uniknąć rzeczy która wydawała się być dla niego karą. Zrozumienia jak bardzo daleko jest od doskonałości.

”The Freaks”(1932) Tod Browning

Czasy się zmieniają, ale ludzie się nie zmieniają. Kto rodzi się gnidą ten umrze jako gnida. Poczciwy człowiek nie zejdzie na złą drogę mimo, że będzie miał ku temu wiele okazji. W pojęciu mojego pokolenia, ludzi urodzonych w latach 80tych XX wieku, najlepszy materiał ludzki, mówiąc brutalnie – był robiony przed II wojną światową. Ludzie byli bardziej zrównoważeni, mieli mocniejsze ciało i głowę, a przed sobą kolejną nierówną walkę z totalitarnym systemem. Mimo ciągłej wojenki z przeciwnościami dnia codziennego mieli zawsze mieli w sobie mnóstwo pogody ducha oraz siły by żyć dalej.

To opis z czysto politycznego punktu widzenia. Teraz zajmijmy się tym czym zajmuje się obecnie cały zachodni świat – tolerancją. Jak nasi dziadkowie odbierali ludzi karłowatych, kulawych, oraz niedorozwiniętych? Traktują ich tak jak my TAKICH ludzi teraz w 2015 roku? Czy nasza cywilizacja AD 2015 jest lepsza od tej, pełnej lęków, niewytłumaczalnych uprzedzeń gdzie walczono nie tylko z nazistami, komunistami ale i też z takimi ”dziwolągami?” Browning stara się, w ujęciu ówczesnych krytyków, poruszyć ten drażliwy temat z pozycji romansu między ”normalną” tancerką z cyrku a magnatem, którego gra ”karzeł”. Teraz pojęcia jak opowiadał swego czasu XIX. wieczny niemiecki filozof Hegel ulegają zmianie znaczenia. To co w 1932 roku budziło grozę (film nie był wyświetlany w Stanach Zjednoczonych przez 30 lat, a projekcji filmowej nie doczekano się w Szwecji, Finlandii i Irlandii) dzisiaj może wzbudzić jedynie zaciekawienie bo człowiek współczesny jest przecież bardziej świadomy, widział więcej to i też jego próg tolerancji dla pewnych zjawisk jest dość mocno przesunięty. Dziwność ma bardzo płynne znaczenie, dla każdego anomalią może być coś innego, ale autor chciał użyć nieco sztywniejszych ram znaczenia tego słowa by stać się podłożem do komunikacji dla jak największej grupy osób. Film nie jest dla intelektualistów. Film jest przede wszystkim dla ludzi. Dlatego tak świetnie się trzyma pomimo upływu lat.

Autor ”Draculi” z 1931r. nie wchodzi w zakamarki moralności pojedynczych osób. Nie obarcza winą wybranego człowieka. Nie. Próbuje spojrzeć na pewne zjawisko inności z czysto akademickiego punktu widzenia. Przyjął przy tym pozycję nauczyciela, surowego i dokładnego ale nie natarczywego, dający swobodę wyboru. Wyboru podjęcia wyzwania samodzielnego krytycznego myślenia, które gdzieś wraz z upływem kolejnych dekad zostało coraz bardziej tępione. Od najniższego szczebla w życiu, w szkole, do najwyższego w życiu już na poziomie administracji państwowej. Rozum zawsze jest w cenie. Nigdy jednak jego wartość nie była tak duża jak w roku 2015.

Mnie jako człowieka ciekawskiego, wręcz wścibskiego, interesuje jak nasz świat, mimo odwiecznych zapewnień polityków, że z każdym pokoleniem będzie lepiej, mimo coraz większej świadomości ludzkości, popada w coraz większe kryzysy polityczne, ekonomiczne a w końcu duchowe. Czemu ”człowiek sukcesu” XXI wieku coraz częściej przypomina bohaterów przeklętych w obrazie Todda Browninga? Zbliża się duchowo niebezpiecznie blisko do fizycznej niedołężności dziwolągów. Coraz mniej wydolni, coraz bardziej zmęczeni, coraz mniej zdolni do radości z tego co udało nam się zdobyć. Lęk i odraza wcale u nas się nie zmniejszyła, mimo zapewnień tolerancyjnych ludzi. Wciąż mamy wewnętrzny, niewytłumaczalny wstręt do tego co nieznane. Czy ten film należy odbierać jako obraza ludzi niedołężnych? Na pewno nie. Raczej jako pewne ostrzeżenie do czego może posunąć się ludzkość by zbudować nowy, lepszy świat. Gdzie nie ma granic czysto fizycznych (granic w sensie między państwami ale i również granic fizycznego wyglądu człowieka czego dowodem są wybory miss na wózku inwalidzkim). Bezrefleksyjność masy ludzkiej produkującej masowo nowe produkty bez których nie wyobrażamy sobie życia (sława, szacunek, pieniądze, wygląd) zapomina o tym, że duchowym odbiciem ich długoletnich czynów są właśnie dziwolągi. To na nich tamtych ludziach, często wyidealizowanych przez obecnie żyjących ludzi, spoczywa odpowiedzialność za kształt świata w którym przyjdzie żyć ich wnukom. W tym filmie zwykli ludzie nie są pokazani jako gwiazdy estrady ale bardziej jako rozkłócone towarzystwo, które pluje na siebie nawzajem jadem oraz oszczerstwami. Muskularni faceci, uwodzicielskie kobiety, szarmanccy panowie przestają cieszyć oko gdy widzimy ich zza kurtyny wielkiego przedstawienia. Widzimy ich wady, występki, ale i także szkaradne oblicze, które jest przecież takie ludzkie. Nikt z nas bowiem nie jest zawsze do końca szczery, ufny czy lojalny wobec bliskiego. Te słabości jednak nie zwalniają nas z obowiązku wzięcia sprawy w swoje ręce i kształtowania rzeczywistości na zdrowy obraz. Boga? Niekoniecznie, ale taki by film z 1932 nie miał już tak mrocznego i skazującego oblicza jak teraz…

Godzina ognia (1967) John Sturges

Polityka jest ważnym elementem życia publicznego, ale rzadko kto wie jak wielki wpływ wywiera ona na nasze codzienne życie. Życie, na które mamy, wraz z rozwojem technologii i postępem cywilizacji Zachodu coraz mniejszy wpływ.  Rzadko bowiem się zdarza by wyrok sądowy tak nikłe miał znaczenie dla reszty społeczeństwa. Terror i autokracja to metody znane raczej z filmu gatunku filmów postapokaliptycznych z lat 50tych niż westernów. Oznaką filmów z tego gatunku jest to że ludzie są znacznie bliżej natury to i ich zachowania są bliższe bezpośredniości. Mechanizmy rządzące starym światem z XIX. wieku w Ameryce są znacznie mniej zawiłe niż te obecne, ale w owych czasach miast władzy i chęci zemsty rządziła ludzmi bardziej podlejsza siła ….bardziej zwierzęca i bardziej nieobliczalna…  zwykła pokusa zabijania. Gdy życia zaczyna się i kończy na kasynie i niezbyt urodziwej żonie jedynym sposobem by znów poczuć się kimś ważnym, kimś kto ma wpływ na realia, które są ponad literą prawą trzeba zerwać ze swoją niedzisiejszą przyzwoitością i znów odegrać rolę tego ”złego”. Bohaterowie filmu Johna Sturgesa” to nie typowi szeryfowie świecący przykładem dla reszty społeczeństwa. Jeden jest podrzędnym pijaczyną, drugi będąc kandydatem na szeryfa zabija z wyjątkiem okrucieństwem kolejne osoby. Zadziwiające, że ludzie powszechnie poważani dopuszczają się tak niecnych czynów? Siła zemsty po śmierci brata czy bardziej prozaiczna (świetna końcowa rozmowa uzmysławiający niezwykły dla naszych romantycznych poglądów na westerny uzmysławiająca bardzo szorstką przyjazn, która jednak przetrwała próbę czasu) chęć udowodnienia wyższości moralnej nad jeszcze większymi karłami. Wielce wymowna scena rugania ganiacza górników przez jedną z dwóch podstawowych postaci pokazuje charakter ubogiej w wyższe wartości gonitwy za zabójcą brata. Prawo zostało juz zdeprecjonowane bowiem już przez jego przestrzeganie jeden ze swoich ludzi Earpa został kaleką. Demokratyczne wybory też zostały ośmieszane bo przegrały z lufą jednego nikczemnika i tchórza. Gdzie miejsce nie tyle na ideały i nowy lepszy świat (o którym pisał m.in Aldous Huxley) co przywrócenie tego co tego znamy z lat dziecięcych czyli poczucie bezpieczeństwa? Pomimo trzezwego spojrzenia na rzeczywistość i ludzi jest w tych bohaterach siła, która się wydaje być nie podatna na wpływy z zewnątrz. To wiara w zwykły humanitaryzm największych skurwieli i drani jakie nosi ziemia. Mimo iż są na pozór odpychający, opryskliwi i uparci nie odmówią podania ręki gdy zapragniesz pomocy. To braterskie zachowanie między wspólnikami stanowi układ, który nie podlega  żadnej polityce, wierze czy przekonaniom. Z tym się po prostu człowiek rodzi i albo jesteś dla kogo ostoją albo jesteś zwykłym prymitywnym przybyszem znikąd. Ta antykomunistyczna i antychrześcijańska postawa może burzyć przede wszystkim osoby naiwne i pełne ideałów ale i chyba również osoby przyzwoite, których niczym nie podparty optymizm czy raczej pogoda ducha nie jest w stanie zaakceptować faktu, że pijak albo drań może komuś pomóc bezinteresownie. Ten łobuzerski pomruk przypomina dawne postaci z lat młodości gdy niesympatyczny nagle wyciąga do nas pomocną rękę. Jest w tym zachowaniu coś zdumiewającego która dla zwykłego śmiertelnika jest czymś kompletnie niezrozumiałym ale chyba jest tym co rozróżnia nas od zwierząt gdzie poczucie obowiązku pomocy jest czymś na czym można budować zdrową wspólnotę. To zachowanie dowodzi też tego, że w tamtych czasach byli może mniej uprzejmi i dobroduszni jednak ich więzi cechowały dużo większą stabilność emocjonalną mimo że okoliczności były wielce niesprzyjające. W XIX. wieku życie może nie miało aż tak wielkiej wartości i nie obrosło do miana groteskowego kultu czego jesteśmy dzisiaj świadkami, ale było w nim paradoksalnie znacznie więcej godności. Dlatego też może tak miło się ogląda tak ”nieprzyjemne” filmy jak ” Godzina Ognia”.

Nightcrawler(2014) Dan Gilroy

We współczesnym świecie obowiązuje reguła chaosu oraz niepewnego jutra, którego fundamentem jest obecnie zapaść ekonomiczna gdzie nie ma zwycięzców bo na polu bitwy pozostają jedynie osoby walczące. Dzisiejszy świat nie ma już wiele wspólnego z darwinowskim podziałem ról. Internet pozbawił nas w miarę stabilnego emocjonalnie oraz pewnego finansowo świata. Świat ulepiony z tradycyjnych wartości przez naszych głęboko doświadczonych życiowo dziadków został wyparty przez coraz bardziej agresywny egoizm oraz kult pieniądza. Nawet dystans 14 lat w amerykańskiej kinematografii pokazuje jak z totalnie zdegenerowanego moralnie młodego pokolenia (Christian Bale z ”American Psycho”), przedstawiciela okrytych złą sławą grupy społecznej w latach 90tych ”yuppies” można zrobić z człowieka zjawę która zjada determinizmem nie tylko próżniaczą klasę średnią (który coraz częściej wspierana jest finansowo przez rodziców) pokazuje jak wielkie nastąpiły zmiany w USA na gruncie lokalnym, ale i co ważniejsze – poziomie globalnym. W jednej ze scen słynnego serialu ”The Wire” grupka młodocianych skażonych myślą o łatwym życiu murzynów mówi ” It’s a cold world, Bodie. World going one way, people another”.

Z podobnego założenia wychodzi główny bohater, koncertowo zagrany przez Jake’a Gyllenhala ( być może to jego drugie prawdziwe oblicze?) socjopata, który wie jak z życia zrobić użytek co w dość specyficznych naszych czasach, jest wartością dodaną. W chwili gdy zakłady pracy coraz częściej w oczekiwaniach od potencjalnego pracownika wspominają o umiejętności współpracy z grupą z pogodnym usposobieniem czy nienagannym wyglądzie ciężko znalezć fuchę dla osób o innej osobowości i cechach charakteru. To że ktoś nie wykazuje cech pożądanych dla potencjalnego pracodawcy wcale nie powinno skreślać danego osobnika z naszego postrzegania pojęcia ”człowieka zrównoważonego emocjonalnie”. My, widzowie tego filmu wcale nie mamy pewności co do tego jaki jest w istocie łowca newsów. Jego robota wprawdzie nie należy do z gatunku tych godnych zaufania społecznego, ale czym jest rozmyślne fotografowanie wypadków samochodowych wobec nieodpowiedzialnego podpisu z 2003r. o inwazji amerykańskiej armii na Irak przez prezydenta USA George’a Busha.

W świecie opanowanym przez media społecznościowe, które coraz częściej wpływają na kształt państwa granica moralności została niebezpiecznie daleko przesunięta. To podczas amerykańskiej inwazji mieliśmy możliwość oglądania nowego spektaklu okrucieństwa gdzie na nagraniach wideo opublikowanych w sieci można było obejrzeć egzekucję niewinnych ludzi.

Kto w świecie coraz częściej zhomogenizowanym rozpozna w tłumie przechodniów psychopatę, który jest w stanie wbić komuś nóż w plecy? Granica przestępstwa w XXI wieku przekroczyła kolejny wymiar.

W obliczu tych gwałtownie rozwijających się zmian społecznych coraz łatwiej i szybciej można zrobić z anonima gwiazdę tv a co za tym idzie coraz łatwiej w otwartym tolerancyjnym społeczeństwie mogą nas spotkać osoby, które nie podlegają łatwym podziałom społeczno-obyczajowym. Nowy wiek funduje, ludziom wykształconym i coraz bardziej zaradnym nowe wyzwanie które może przybrać nowy globalny problem z którym trzeba będzie się odpowiednio uporać by wspólnota ludzka mogła żyć dalej w miarę spokojnej harmonii.

Memento (2000) Christopher Nolan

Memento (2000) – Christopher Nolan

 

To jeden z tych filmów, które Christopher Nolan, absolwent wydziału literatury angielskiej, które spełniał wtedy jeszcze wymogi kina atystycznego. Łączy dobry, trzymający w napięciu thriller z iście grecką tragedią głównego bohatera gdzie myślą przewodnią nie jest poszukiwanie zabójcy żony głównego bohatera lecz bardziej to, że w świecie wszechobecnej technologii i coraz większej marginalizacji roli człowieka we współczesnym świecie (coraz więcej pomagamy sobie bezdusznymi maszynami). Wprowadzająca muzyka z poslkiego wydania DVD daje podprogowy przekaz widzowi, że mamy do czynienia z wzniosłą (niczym w teatrze) antyczną tragedią toczącą umysł dobrze zbudowanego wówczas Guya Pearce’a.

Lenny cierpi na bardzo rzadką przypadłość – pamięci krótkotrwałej. Nie pamięta tego co mówił na początku rozmowy, podważa wszystko i wszystkich, nikomu nie może zaufać, nie wie komu może wyjawić swoje najskrytsze, najbardziej intymne sprawy. Dochodzi do takiej sytuacji, punktu w swoim życiu, że zwierza się ze swojej osobistej tragedii niezbyt ujmującej kelnerce. Udaje współczującą kobiete, która zdolna jest jemu nawet pomóc znalezc zabójce jego żony po czym pluje do jego drinka.

Jego choroba nosi podobne znamiona co swego czasu sprawił w filozofii niemieckiej Imanuel Kant . Podważa wszelkie znane do tej pory autorytety moralne ostoje ówczesnej nauki, wyznacza nowe prawo moralne moralne: ”niebo gwiazdziste nade mną, prawo moralne we mnie”. Ten film to nie już zagadka czy Lenny nie ma jakiejś schizofreni paranoidalnej (co jest bardziej niż prawdopodobne) tylko bardziej fundamentalne, z pozycji reżysera, pytania granice rozumu ludzkiemu i czemu w każdej nawet najmniejszej sytuacji życiowej poddajemy się jego mocy ustawodawczej. To pytanie gdzie my jako ludzi sięgniemy podczas swojej masowej ekspansji wszechświata. Czy aby w tym szale zdobywania, osiągania, nie zabrniemy w końcu w ślepy zaułek i nie zatracimy całkowicie cech ludzkich popądając w obłęd?

Istotne jest, w kontekście odbioru całego filmu, co znajduje się poza ramami czasowymi filmu. Jedno zdarzenie nie powoduje takiego wewnętrznego chaosu jak w przypadku Lennego. Coś musiało się zdarzyć oprócz tej misternej fasady poszukiwania mordercy jego żony? Czyżby to nieznane nam wydarzenie pociągnęło za sobą lawinę nieszczęść skutkując miedzy innymi śmiercią kobiety.

Gatunek filmu (neo – noir) zdaje się wskazywać, że przyczyną całej tragedii jest sam bohater choć nie bez winy są osoby napotkane przez Guya Pearce’a, które najpewniej korzystają z jego nieszczęścia czerpiąc – materialne (Joe Pantaliano) i fizyczne (Carrie Ann Moss) profity. Obydwoje zjawiają się podobnie jak jego objawy – znikąd i tak też szybko znikają.Wydaje się wręcz, że

Specyfika thrillera podać. Siła filmów Nolana polega na tym, że nie są suchym intelektualnym wykładem o meydcznej jednostce chorobowej która swoją historią przynudzjącym widza, a bardziej połączeniem filmu przygodowego z głębią intelektualnych korzeni twórcy jaką literatura angielska gdzie choroba głównego bohatera jest tylko pretekstem do przedstawienia ogromnego uniwersum jakim dysponuje Nolan. Są to: zbłąkanie we współczesnym, atomowym społeczeństwie, ugrtuntowana pozycja finansowa, obsesja na punkcie czegoś oraz nierozliczone relacje z przeszłością. Środowiska w których przebywają bohaterowie filmów Nolana są w większości okupowane przez meżczyzn. Rzadko kiedy znajdzie się w niej miejsce dla kobiety. Sfera emocjonalna w jego filmach jest jakby zastrzeżona jakby zaschnięta rana, której nie wolno zdrapywać. To bardzo czuły punkt w twórczości tego nadwyraz uzdolnionego filmowca jednak nie przeważająca o jego wartości. Nie jest to bardzo męskie kino – jak ma to miejsce w przypadku filmów Michaela Manna – ale to przestrzeń dla człowieka który bryluje między odpowiedzialnym dorosłym, statecznym życiem a pewną frywolnością przypisane dla młodych, rozwydrzonych spragnionych przygód chłopców. Nie ma to nic wspólnego z mitycznym Piotrusiem Panem jeno bardziej wskazuje na to które sfery życia aktywowane są w mózgu Christophera Nolana czyli chęć poznawania świata nawet kosztem wielu wyrzeczeń, ale też tęsknota za majestatem, szacunkiem, powagą wreszcie godnością, tworzenia, inspirowania, przekraczania nowych granic, swoich słabości, lęków i niepowodzeń

Dom na przeklętym wzgórzu (1959) William Castle

To zadziwiające, że w erze przedpotopowej w historii kina kręcono najlepsze filmy. Dotyczy to słynnej ”Złotej Ery Hollywood (podać ile filmów powstawało w ciagu roku, jakie były gaże aktorów, ile oryginalnych scenariuszy zostały zremake’owane po 1980 roku, to w okresie lat 1930-1959 z Hollywood narodziły się talenty m.in Spencera Tracy, Elizabeth Taylor, Edward G. Robinsona) ale i również filmów z gatunku horroru. Inna wrażliwość? To pewne, inny system pracy wpływający na to jak postrzegamy otoczenie w tym sztukę? Racja. Inna technologia? Też. Jednak co najważniejsze inne było zapotrzebowanie na dobre filmy. Teraz w dobie internetu i wszechogarniającego szumu informacyjnego współczesny widz ma podstawowy problem z rozróżnieniem co jest dobre, świetne a co słabe nie godne naszej uwagi. Lokalni królowie to zwykle odpadki z innych mieścin, a autentyczni twórcy tworzą w myśl zasady ”od siebie dla siebie” często zaskakując samych siebie. Te błędne odbieranie filmów znacząco wpływa na to jak filmowcy robią filmy TERAZ a KIEDYŚ.

Kiedyś filmowcy byli też maszynkami do robienia pieniędzy, tyle że filmy robione z myślą o:

a)zarobieniu na siebie b)wypromowaniu nowych nazwisk (w tym reżyserów) c) tworzeniu nowych serii filmowych nie generowały pustych frazesów czy obrazów (bardzo istotna w odbiorze filmu jest scenografia, która sprawnie zrobiona nadaje sens całości) nie tworzyły sztucznych tworów w postaci żałosnych celbrytów nie posiądających za grosz talentu ani nigdy – co ważne podkreślenia – nie były robione na pół gwizdka co obecnie jest niestety częstym zjawiskiem. Każdy szanujący się wówczas reżyser jeśli robił filmy za psie pieniądze starał się wycisnąć najwięcej jak się da, niekiedy nawet poszukując własnej stylu i nowego języka w filmie. To znamienne gdy w w latach powojennych gdy zawsze było ciężko o zdobycie pieniędzy na produkcję filmu praca z ludzmi była wówczas troszkę innego charaktertu niż dzisiaj. Aktorów brano pod konkretną rolę z minimalnymi gażami co w latach 50tych było zjawiskiem powszechnym. To właśnie w tym filmie rozkwitły talentu olśniewająco pięknej Carol Ohmart (swego czasu namaszczona na następczynie Marylin Monroe) oraz dystyngowanego Vincenta Price. Zaangażowanie emocjonalne w rolę było nieco inne niż w obecnych filmach, a i ranga tych obrazów mimo niższej ligi było większa niż współczesnych ambitnych tytułach od poważanych reżyserów.

Co wyróżniałe tamte horrory to to, że tam wielką rolę odgrywała tak prozaiczna i oczywista niegdyś rzecz jak scenografia, zdjęcia czy architektura. W filmach Williama Castle’a było jeszcze coś ekstra. Traktował film jako dzieciecą zabawę, z której zawsze starał się wycisnąć jak najwięcej. Po raz pierwszy w historii w jednym ze swoich filmów dał możliwość wyboru widowni w kinie za ułaskawieniem bądz ukaraniem głównego bohatera w filmie co przyznać trzeba bardzo przykuło uwagę krytyków. Nazywali go pierwszym, jedynym i ostatnim showmanem kina potrafiący łączyć elementy interakcji z opłakanie niskim budżetem oraz zadbać jednocześnie i o produkcję i o reżyserię samego filmu co w owym okresie było nie lada wyzwaniem. Takiej elastyczności nie mógł mu pozazdrościć jedynie Roger Cormam, człowieka odpowiedzialnego m.in za słynnych ”Szybkich i Wściekłych”, ojca chrzestnego takich nazwisk jak Coppola czy Scorsese.

Castle w tym akurat spróbował nowego techniki straszenia ludzi. Taki zabieg był bezprecedensowy w historii kina.

Dom na przeklętym wzgórzu to gra na emocjach napiętych jak struna. 5 zaproszonych ludzi przybywa karawanami do majestatycznego budynku w którym rozegra się walka o 10 tysięcy dolarów. Warunek jest jeden – przetrwać całą noc w tym upiornym, przypominającym piramidę miejscu. Castle jednak nie używam dawnych elementów służących do straszenia widza z filmów takich jak ”Nosferatu” czy ”Golem”. Nie, on raczej bazuje na budowaniu pewnego rodzaju spektaklu, widowiska gdzie główną rolę odgrywają… jego triki. Podczas projekcji filmu ”Dom na przeklętym wzgórzu” reżyser William Castle obmyślił sobie plan by wśród widowni krążył… plastikowy szkielet. Tak to nie żart. Kino w latach 50tych miało kompletnie inną specyfikę niż dzisiaj. To był moment gdzie ludzie powoli przechodzili z nawyku cotygodniowych odwiedzin w kinie do wygodnego fotela w domu gdzie pojawił się telewizor. Kino niskich budżetów było okupowane głównie przez młodych ludzi do 30 roku życia. Oni stanowili weryfikację takich nazwisk jak Roger Corman czy William Castle. To był ciężki okres dla filmowców z okrojonym budżetem. Wymagało to od nich niesłychanej elastycznośći, pomysłowości oraz organizacji czasu. Corman konsekwentnie od 1955 roku produkował średnio 7 filmów na rok, a jego rekord życiowy stanowi ”Sklepik z horrorami” nakręcony w 2 dni i jedną noc. Jak to się odbiło na jakości skończonego produktu? Raczej korzystnie, bo filmowcy działali pod olbrzymim pręgierzem olbrzymiej odpowiedzialności i gdyby im nie wyszło w latach ich dojrzałości filmowej (zaznaczmy, że owa dojrzałość przypada na mniej więcej 40 rok życia) to pozniej nie mieli by szans zaistnieć. To dotyczy nie tylko burzliwego okresu w latach 50tych bo podobnie z nożem na gardle działał chociażby Darren Aronofsky.

Horror Williama Castle’a polegał na jak precyzyjnym oddaniu atmosfery napięcia, nieufności wśród uczestników gry, w której nie wiadomo kto miał tak na prawdę zginąć.

One step beyond (1959-1961) Merwin Gerard

Czego oczekujemy od filmów nazywanych horrorami? Czy poprzez kolejne dekady wraz z rozwojem technologii nie zatraciliśmy poczucia wrażliwości? Czy poprzez oglądanie horrorów nie odreagowujemy ubocznych skutków dnia codziennego?

Adoptowanie własnych irracjonalnych lęków, fobii czy może wreszcie odkrycie czegoś nowego w samych sobie bądz w otaczającym nas świecie? Czy ambicją widza było przyjrzenie się dokładniej co tak właściwie wywołuje u niego lęk oglądając horrory oraz seriale z gatunku science fiction? Wreszcie czy po latach jest w stanie wykrzesać chęć bycia przestraszonym? Czy aby to uczucie nie zostało skutecznie (bądz też nie) zakurzone przez pasmo doświadczeń życiowych i wprowadza nas w złudny stan świadomości całego ciała ludzkiego oraz psychiki. Po latach jedynie co nas wybudza z letargu to ciekawość oraz niekłamana przyjemność wzbogacania się o nowe doświadczenia. Co bowiem robić w świecie gdzie podobno już wszystko odkryto i wszystko powiedziano?

Od początków rasy ludzkiej cechowała nas wręcz maniakalna żądza eksplorowania oraz wyjaśniania tego co nieznane. Praktyki odkrywania nowych światów, kontynentów przyjmowano z wielkim podziwem, ale i były również te rejony życia, które w Biblii uznawano za konszachty z mrocznymi siłami spoza tego świata. Terror niewytłumaczalnego – jak to zapowiadał w jednym z odcinków tej fascynującej serii John Newland -nigdy nie przestawał zajmować umysłów ciekawskich i głodnych wrażeń. Człowiek jako istota rozumna pragnie zrozumienia i porządku we wszechświecie opanowanym przez chaos. Potrzebuje poczucia bezpieczeństwa …a z tego próbuje ich wyrwać właśnie One Step Beyond. I w tym tkwi największa jego siła.

Seriale ze złotej amerykańskiej telewizji gwarantowały to czego z pewnością brakuje dzisiejszej polskiej telewizji (co do tego nie ma nikt żadnych wątpliwości), ale i też prezentowały amerykańską rzeczywistość od tej bardziej szkaradnej strony. Nie było miejsca na ciepłe słowa otuchy i spokojny umiarkowany optymizm wyjścia z kryzysu atomowego bo przedstawiała tematy przy których zgasł nie jeden fałszywy amerykański uśmiech. One step beyond idzie krok dalej. Nie tylko przyciemnia światła nadziei w naszych domach, ale i też puka do głębokich zakamarków naszej duszy. A to w przypadku Stanów Zjednoczonych, kraju niezbyt mocno rozwiniętego jeśli chodzi o rozwój duchowy człowieka było przypadkiem bez precedensu.

Przeciętny amerykanin był podobnie jak bohaterowie poszczególnych odcinków (wystąpili m.in. Charles Bronson, Christopher Lee czy Warren Beatty) zaaferowany do tego stopnia codziennością, że nie potrafił dostrzec rzeczy powszechnie uważanych za nietykalne. Amerykańska klasa średnia lat 60tych XX wieku nie miała większych ambicji prócz jednego urlopu w ciągu roku dlatego takie wyzwanie intelektualne proponowanie przez Johna Newlanda było czymś wobec czego nie można było przejść obojętnie. Motyw zwierzęcego przetrwania w przyrodzie był czymś co w latach zimnej wojny rozpalało do czerwoności uśpione umysły amerykanów. To był także narodowy test na to ile przyjąć skostniałe intelektualnie amerykańskie społeczeństwo. Wybudzał się ze snu nieświadomości w najmniej przechodził w stan hipnozy.

Serial nie tylko odważnie podejmował tematy powszechnie uważane za niepotrzebne nikomu, ale i również agresywnie dopominał się o uważne przyglądanie się temu co dzieje się na ekranie. Każdy bowiem z odcinków wzbudza wątpliwość, która z czasem wprowadza człowieka w stan oblężenia co stawia go w pozycji jednoznacznej – walczysz albo giniesz. Koniec każdego z odcinków potwierdza zdanie prowadzącego, że żadnej historii nie można zanegować ani też wytłumaczyć.

Te pojedyncze historie konfrontowały zwykłych ludzi z ich osobistymi, ale i też narodowymi dziwami. Wzywały do walki a tej podejmują się zwykle tylko ludzie odważni. Serial o zjawiskach paranormalnych nagle przybrał nieco inny pełniejszy wymiar. Zjawiska nadprzyrodzone były bowiem pretekstem do zadania pytania o wiele bardziej interesującego niż teleportacja czy samozapalenie. Ta walka, która odbywa się w każdym z odcinków rozgrywa się o zainteresowanie pozamaterialnym światem (który przez sceptyków uważany jest za pseudonaukę) ale i też sumieniem ludzi. Nieprzypadkowo poszczególnymi historiami kierują z reguły negatywne emocje jak poczucie winy (The Anniversary of Murder), nuda (The Secret) czy nerwowość (Echo). Korzeni tych lęków należy jednak doszukiwać się dużo głębiej i do tej gry zaprasza właśnie John Newland serwujący złowieszcze uśmiechy po skończonej historii. Lęki z lat ubiegłych lat bowiem nie zmieniły się, jednak spryt zguby polega na tym, że pewne niewyjaśnione zjawiska miały miejsce tak dawno, że obrosły legendą (w co wierzy zapewne większość widzów tego serialu). Baudelaire wspomniał kiedyś, że największym sprytem diabła jest to, że ludzkość uwierzyła w jego nieistnienie. Podobny, demoniczny wymiar ma strach niewidzialny na ekranach naszych tv. Zródła tego strachu należy szukać w tym co co nie ma pojedynczego kształtu. Strach wzrasta wraz ze świadomością wymiaru katastrofy z jaką mieli styczność bohaterowie (strach przed zbliżającym się końcem epoki, pokolenia w którym widzimy świat czy metafizyczny strach przed odkryciem swojej własnej natury). Metafizyczny poziom niepokoju wzmaga praca montażu która zaburza czasoprzestrzeń tworząc ze zwykłego bohatera zjawę a widza wprowadza w wielkie zakłopotanie. Komórka filmowa stała się łącznikiem między tym naszym widzialnym światem a tym co nadprzyrodzone. Najlepiej to widać po odcinkach zajmujących się tematyką teleportacji gdzie pod znakiem zapytania jest stawiane zjawisko które widzieliśmy jeszcze kilka minut wstecz.

Prowadzący program John Newland – jest materialnym przykładem tego że rzeczywistość (składająca się z czasu i przestrzeni) płynnie łączy się z chaosem niewytłumaczalnego.

Technika przenikania gospodarza do świata zrekonstruowanych wydarzeń była czymś nowatorskim w czasach złotej ery amerykańskiej telewizji (pozniej z tego reporterskiego stylu korzystał m.in. Woody Allen) John Newland nie tylko zapowiadał odcinek serii, ale niekiedy rozmawiał z ludzmi, którzy przeżyli te historie co miało jeszcze bardziej zaakcentować niezwykłość tych opowieści. Eksploracja niezbadanych przez człowieka terenów przybiera charakter kosmicznej ekspedycji ale i też moralnej odnowy. Pamiętać jednak należy, że to nie był tak powszedni serial o zjawiskach paranormalnych jak ”nasz” ”Z Archiwum X”. Nic bardziej mylnego. Wyobraznia zwykłego człowieka była nieco bardziej elastyczna niż dzisiejszego człowieka internetu.

Pytanie stawiane przez gospodarza programu Johna Newlanda – czy możemy wykorzenić ze swojego jestestwa strach, niepewność, niepokój zdaje się przybierać znacznie mroczniejszy wymiar niż historie przedstawiane w poszczególnych odcinkach. My jako ludzie, skazani jesteśmy na klęskę niewiedzy oraz ciągłego niepokoju w trwającym nie wiadomo jak długim pobycie na ziemi by w końcu zrozumieć, że człowiek był, jest i będzie najbardziej fascynującą ale i też najbardziej przerażającą częścią tego świata. Tylko czy aby to nie my przypadkiem stanowimy jedynej wadliwej części wszechświata?

Fritz the Cat (1972) Ralph Bakshi

To czego poszukuję w filmach animowanych – teraz mając 29 lat – i kiedyś gdy wracało się z podstawówki na gorący obiadek i wielogodzinną sesję z Cartoon Network to przede wszystkim wulgarna prostacka przemoc i ohydne, antypatyczne postaci posiadające brudne zęby, niedomyte pachy i brak perspektyw na normalne życie. To jeden z warunków na które składają się elementy by być dobrym charakterystycznym filmem animowanym. Sukces Simpsonów, South Parka i pozniej Family Guya zdaje się to potwierdzać. Amerykanie na przełomie wieków mieli dość Marvelowskich superbohaterów posiadających super moce, ewangelistów marzeń amerykańskiej młodzieży (?). Nie, temu image’owi sprzeciwili się włodarze stacji Fox serwując zwykłą amerykańską rodzinę z klasy średniej, która podbiła serca fanów na całym świecie. Na czym opiera się fenomen takich seriali animowanych? Ano na tym, że jest bardzo bliski realiów panujących w owych czasach gdzie George Bush senior jest wyśmiewany przez łobuza i nieuka Barta Simpsona, który powoli stawał się wśród młodzieży amerykańskiej większym autorytetem moralnym niż papież czy najwięksi sportowcy XX. Wieku pokroju Michaela Jordana. Bart Simpson to dobry duch ludzi, których nie interesowała walka o karierę czy szacunek innych. Nie, on wyznaczał standardy nowego życia bez większej spiny jak mawiają dzisiejsi młodzi ludzie. Spokojne dostojne bez większych wstrząsów życie to wbrew pozorom pragnienie większości amerykańskiego społeczeństwa. To był przypadek bohatera szkolnego łobuziaka, który w gruncie rzeczy był nieszkodliwy bo wiedział, że prawa ręka nauczyiela (a pozniej w dorosłym życie społeczeństwa) wskaże mu właściwą drogę życia i będzie musiał się do niej dostosować albo dalej brnąć w nieznane, a z tej drogi ….rzadko który wychodzi cało.

Z kotem fritzem jest nieco większy dylemat moralny bo mamy do czynienia z kotem wybitnie antyspołecznym, nadużywającym alkoholu, świadczeń socjalnych oraz nierozgarniętych dziewczynek czyli zdawało by się król przedmieść wielkiej amerykańskiej metropolii pozbawiony złudzeń życia na poziomie wyższych warstw społecznych jak świetny dom, co najmniej reprezentatywna żona, dobrze płatna i szanowana praca. Te atrybuty szanowanego amerykanskiego obywatela wymagają jednak pewnych zachowań do których nie jest zdolny nasz uroczy antybohater, istna wymiocina społeczna. Nie godzi się na kompromisy we współżyciu, nie potrafi pogodzić się z tym, że mógłby coś dać od siebie innym. Fritz to łajza, ale i też smutna refleksja nad tym, że w tym nudnym, pospólskim życiu uczestniczą ludzie z zewnątrz, będący nie jako sędziami czy też wzorami do naśladowania dla młodego kota. Oni mówią jemu jak mają życie, oni mają receptę na udane i szczęśliwe życie. Wreszcie oni piją, ćpają, zdradzają żony i złorzeczą.

Właściwie rzecz ujmując postaci żywcem są wyjęte z uniwersum filmu Folwark Zwierzęcy z 1954. Są świnie ubrane w policyjne mundury (symbolizujące gnuśność i opieszałość służb porządkowych), kruki przywdziewający szaty alfonsa posiadający przy tym murzyński glos (świetna charakteryzacja, to trzeba przyznać), zaćpane chorowite króliki łudząco imitujące sceny z filmu Easy Rider i inne.

Rzadko kto jednak wspomni, że ta wulgarna bajka jest ekranizacją twórczości znanego amerykańskiego rysownika (dość namiętnie flirtującego ze środkami psychodelicznymi) Roberta Crumba. To właśnie w jego komiksach kobiety mają gigantycznych rozmiarów uda, nogi, posladki i biust. Oprócz to kobiety dominują nad mężczyznami fizycznie i psychicznie. Uniwersum tego kontrowersyjnego rysownika przepełnione jest przemocą, seksem oraz tanimi używkami, które niejako symbolizują Amerykę lat 60tych gdzie nuda oraz brak perspektyw na lepsze życie upodlają nawet najwybitniejsze jednostki. Receptą na ten szklany, iluzoryczny świat jest według Crumba wyobraznia do ktorej nie każdy z normalnych obywateli ma czelność ją pobudzić. Przesłanie płynące z tej ciekawej animacji mówi jasno i wyraznie klasie średniej Ameryki lat 60tych -nie wyłączajcie telewizorów, idzcie na wybory i nie zadawajcie durnowatych pytań. Oczywiście w odpowiednich proporcjach.

Komentarze na pewnym portalu internetowym potwierdzają moją tezę, że ludzie patrzą na film, ale nie widzą tego co powinni widzieć (co dosć ładnie komponuje się z moim poprzednim zdaniem) Nie widzą jak dopracowany technicznie jest to film, jak istotną rolę odgrywa życie aktora z postacią, którą grą, wreszcie nie potrafią własnymi słowami powiedzieć o czym właściwie mówi konkretny film bo widzą tylko: a) akcję b) znakomitą badz słabą aktorską (ale nie potrafią tego zupełnie zaargumentować (!!!) c) oryginalność d) odzwierciedlenie myśli pisarza. Film (dotyczy to niestety także innych dziedzin sztuki) jest obecnie traktowany jak kebab z pierwszej lepszej knajpy. Wydajesz 12 zł i ma być dobry. Nie ważne jak jest podany, czy mięso jest dobrze przypieczone, czy nie ma za dużo uwalonego sosu. Ważne by smakowało. I tak jest z filmem Kot Fritz, który zarobił – uwaga uwaga – 25 milionów dolarów w samych Stanach Zjednoczonych a na świecie 90. Można by się sobie zadać pytanie: jak tam demoralizujący młodzież bez krzty przesłania film mógł osiągnąć tak gigantyczne zyski? Otóż mógł i to z bardzo prostej przyczyny.

”The Comedy” (2012) Rick Alverson

Postać głównego bohatera to właściwie wizerunek współczesnego 30 latka, pełnego zwątpienia i cynizmu. To człowiek postmodernistyczny, człowiek XXI wieku, który już dawno temu przestał wierzyć w relikt ubiegłego wieku – drugiego człowieka.

Po kolejnych falach zwątpienia, od słynnej deklaracji Fryderyka Nietzschego o śmierci Boga w XIX wieku do gwałtownych przemian społecznych w latach 60tych XX wieku gdzie rodził się feminizm, ludzkość w nowym Millenium musi zmierzyć się z kolejnym ogromnym wyzwaniem – brakiem nie tyle samej wiary (jej są jako takie zgliszcza w niektórych rejonach świata, ale jednak są ) ale samej duchowości czyli pogłębionej refleksji na tym czy człowiek w świecie multimedialnym ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie i jeśli tak to czy mamy szansę o tym się przekonać w czasie naszej ziemskiej egzystencji?

W erze mechanicznych odruchów (czego dowodem są bazujące na prymitywnym impulsie żarty znudzonego i zmarłego w środku młodego milionera) i ciągłej nieskrywanej tęsknoty za hasłem pokolenia yuppie ”szybciej, mocniej, więcej” powoli zakrywamy w sobie to czego się wstydzimy.

W ”Słodkim życiu” Fellini wykpiwa celebrytów w sposób orkiestralny, huczny pełny wrzasku i skandali. W ”The Comedy” rozgoryczenie życiem bez kłopotów ma swoje miejsce w podrzędnych mieszkaniach w niezbyt dobrze sytuowanych dzielnicach. Zaczynamy powoli chować swoje problemy coraz głębiej, stajemy się coraz bardziej intymni, ale przez to stajemy się bardziej nadzy. Ta intymność ma jednak mroczniejsze oblicze niż w filmach Felliniego. U słynnego włoskiego reżysera ludzie nie wstydzą się popełniać błędy, kochać, nienawidzić, łgać, po prostu żyć. U Alversona jest to podszyte mechanicznym przymusem, jakby ktoś kazał mu żyć. Bohater Alversona to człowiek naszych czasów, pełen arogancji oraz zawiści, którego jedynym pocieszeniem w przebiegu ciągłej mdłej egzystencji wydaje się być dopieczenie murzynom z Williamsburga i to też dopiero po odpowiedniej dawce alkoholu.

To już nie murzyn na posyłki jak główna postać z powieści Roberta Musila ”Człowiek bez właściwości” pozbawionego rozumu oraz tożsamości. To persona mająca rozum i tożsamość jednak nie potrafiąca zdać sobie sprawy co z nimi należy uczynić. Ma kolegów, ma pieniądze oraz mnóstwo czasu na imprezy czyli wszystko to co powinno zadowolić osobnika o konsumpcjonistycznych zapędach. Nie ma po co wychylać się ponad poziom hamburgerowca bo przecież dorosłe życie to jedno wielkie rozczarowanie oraz pasmo nieszczęść.

Śmiech w tym filmie ma kwaśny smak. Nie ma w nim wartość odżywczych czy też nie stanowi formy autoterapii. Ta głupkowata fanaberia nie ma w sobie nawet cienia młodzieńczej fantazji, szczerości. Raczej tylko pogłębia bydlęce oblicze człowieka bez… egzystencji.

To także obraz smutnego triumfu rozumu nad emocjami. Młode pokolenie z każdą kolejną generacją staje się coraz bardziej świadome tego co ich w dorosłym życiu czeka a przez to popada w odmęt egoizmu i pazerności, z którego nie ma już szans wydorośleć.