Godzina ognia (1967) John Sturges

Polityka jest ważnym elementem życia publicznego, ale rzadko kto wie jak wielki wpływ wywiera ona na nasze codzienne życie. Życie, na które mamy, wraz z rozwojem technologii i postępem cywilizacji Zachodu coraz mniejszy wpływ.  Rzadko bowiem się zdarza by wyrok sądowy tak nikłe miał znaczenie dla reszty społeczeństwa. Terror i autokracja to metody znane raczej z filmu gatunku filmów postapokaliptycznych z lat 50tych niż westernów. Oznaką filmów z tego gatunku jest to że ludzie są znacznie bliżej natury to i ich zachowania są bliższe bezpośredniości. Mechanizmy rządzące starym światem z XIX. wieku w Ameryce są znacznie mniej zawiłe niż te obecne, ale w owych czasach miast władzy i chęci zemsty rządziła ludzmi bardziej podlejsza siła ….bardziej zwierzęca i bardziej nieobliczalna…  zwykła pokusa zabijania. Gdy życia zaczyna się i kończy na kasynie i niezbyt urodziwej żonie jedynym sposobem by znów poczuć się kimś ważnym, kimś kto ma wpływ na realia, które są ponad literą prawą trzeba zerwać ze swoją niedzisiejszą przyzwoitością i znów odegrać rolę tego ”złego”. Bohaterowie filmu Johna Sturgesa” to nie typowi szeryfowie świecący przykładem dla reszty społeczeństwa. Jeden jest podrzędnym pijaczyną, drugi będąc kandydatem na szeryfa zabija z wyjątkiem okrucieństwem kolejne osoby. Zadziwiające, że ludzie powszechnie poważani dopuszczają się tak niecnych czynów? Siła zemsty po śmierci brata czy bardziej prozaiczna (świetna końcowa rozmowa uzmysławiający niezwykły dla naszych romantycznych poglądów na westerny uzmysławiająca bardzo szorstką przyjazn, która jednak przetrwała próbę czasu) chęć udowodnienia wyższości moralnej nad jeszcze większymi karłami. Wielce wymowna scena rugania ganiacza górników przez jedną z dwóch podstawowych postaci pokazuje charakter ubogiej w wyższe wartości gonitwy za zabójcą brata. Prawo zostało juz zdeprecjonowane bowiem już przez jego przestrzeganie jeden ze swoich ludzi Earpa został kaleką. Demokratyczne wybory też zostały ośmieszane bo przegrały z lufą jednego nikczemnika i tchórza. Gdzie miejsce nie tyle na ideały i nowy lepszy świat (o którym pisał m.in Aldous Huxley) co przywrócenie tego co tego znamy z lat dziecięcych czyli poczucie bezpieczeństwa? Pomimo trzezwego spojrzenia na rzeczywistość i ludzi jest w tych bohaterach siła, która się wydaje być nie podatna na wpływy z zewnątrz. To wiara w zwykły humanitaryzm największych skurwieli i drani jakie nosi ziemia. Mimo iż są na pozór odpychający, opryskliwi i uparci nie odmówią podania ręki gdy zapragniesz pomocy. To braterskie zachowanie między wspólnikami stanowi układ, który nie podlega  żadnej polityce, wierze czy przekonaniom. Z tym się po prostu człowiek rodzi i albo jesteś dla kogo ostoją albo jesteś zwykłym prymitywnym przybyszem znikąd. Ta antykomunistyczna i antychrześcijańska postawa może burzyć przede wszystkim osoby naiwne i pełne ideałów ale i chyba również osoby przyzwoite, których niczym nie podparty optymizm czy raczej pogoda ducha nie jest w stanie zaakceptować faktu, że pijak albo drań może komuś pomóc bezinteresownie. Ten łobuzerski pomruk przypomina dawne postaci z lat młodości gdy niesympatyczny nagle wyciąga do nas pomocną rękę. Jest w tym zachowaniu coś zdumiewającego która dla zwykłego śmiertelnika jest czymś kompletnie niezrozumiałym ale chyba jest tym co rozróżnia nas od zwierząt gdzie poczucie obowiązku pomocy jest czymś na czym można budować zdrową wspólnotę. To zachowanie dowodzi też tego, że w tamtych czasach byli może mniej uprzejmi i dobroduszni jednak ich więzi cechowały dużo większą stabilność emocjonalną mimo że okoliczności były wielce niesprzyjające. W XIX. wieku życie może nie miało aż tak wielkiej wartości i nie obrosło do miana groteskowego kultu czego jesteśmy dzisiaj świadkami, ale było w nim paradoksalnie znacznie więcej godności. Dlatego też może tak miło się ogląda tak ”nieprzyjemne” filmy jak ” Godzina Ognia”.

Nightcrawler(2014) Dan Gilroy

We współczesnym świecie obowiązuje reguła chaosu oraz niepewnego jutra, którego fundamentem jest obecnie zapaść ekonomiczna gdzie nie ma zwycięzców bo na polu bitwy pozostają jedynie osoby walczące. Dzisiejszy świat nie ma już wiele wspólnego z darwinowskim podziałem ról. Internet pozbawił nas w miarę stabilnego emocjonalnie oraz pewnego finansowo świata. Świat ulepiony z tradycyjnych wartości przez naszych głęboko doświadczonych życiowo dziadków został wyparty przez coraz bardziej agresywny egoizm oraz kult pieniądza. Nawet dystans 14 lat w amerykańskiej kinematografii pokazuje jak z totalnie zdegenerowanego moralnie młodego pokolenia (Christian Bale z ”American Psycho”), przedstawiciela okrytych złą sławą grupy społecznej w latach 90tych ”yuppies” można zrobić z człowieka zjawę która zjada determinizmem nie tylko próżniaczą klasę średnią (który coraz częściej wspierana jest finansowo przez rodziców) pokazuje jak wielkie nastąpiły zmiany w USA na gruncie lokalnym, ale i co ważniejsze – poziomie globalnym. W jednej ze scen słynnego serialu ”The Wire” grupka młodocianych skażonych myślą o łatwym życiu murzynów mówi ” It’s a cold world, Bodie. World going one way, people another”.

Z podobnego założenia wychodzi główny bohater, koncertowo zagrany przez Jake’a Gyllenhala ( być może to jego drugie prawdziwe oblicze?) socjopata, który wie jak z życia zrobić użytek co w dość specyficznych naszych czasach, jest wartością dodaną. W chwili gdy zakłady pracy coraz częściej w oczekiwaniach od potencjalnego pracownika wspominają o umiejętności współpracy z grupą z pogodnym usposobieniem czy nienagannym wyglądzie ciężko znalezć fuchę dla osób o innej osobowości i cechach charakteru. To że ktoś nie wykazuje cech pożądanych dla potencjalnego pracodawcy wcale nie powinno skreślać danego osobnika z naszego postrzegania pojęcia ”człowieka zrównoważonego emocjonalnie”. My, widzowie tego filmu wcale nie mamy pewności co do tego jaki jest w istocie łowca newsów. Jego robota wprawdzie nie należy do z gatunku tych godnych zaufania społecznego, ale czym jest rozmyślne fotografowanie wypadków samochodowych wobec nieodpowiedzialnego podpisu z 2003r. o inwazji amerykańskiej armii na Irak przez prezydenta USA George’a Busha.

W świecie opanowanym przez media społecznościowe, które coraz częściej wpływają na kształt państwa granica moralności została niebezpiecznie daleko przesunięta. To podczas amerykańskiej inwazji mieliśmy możliwość oglądania nowego spektaklu okrucieństwa gdzie na nagraniach wideo opublikowanych w sieci można było obejrzeć egzekucję niewinnych ludzi.

Kto w świecie coraz częściej zhomogenizowanym rozpozna w tłumie przechodniów psychopatę, który jest w stanie wbić komuś nóż w plecy? Granica przestępstwa w XXI wieku przekroczyła kolejny wymiar.

W obliczu tych gwałtownie rozwijających się zmian społecznych coraz łatwiej i szybciej można zrobić z anonima gwiazdę tv a co za tym idzie coraz łatwiej w otwartym tolerancyjnym społeczeństwie mogą nas spotkać osoby, które nie podlegają łatwym podziałom społeczno-obyczajowym. Nowy wiek funduje, ludziom wykształconym i coraz bardziej zaradnym nowe wyzwanie które może przybrać nowy globalny problem z którym trzeba będzie się odpowiednio uporać by wspólnota ludzka mogła żyć dalej w miarę spokojnej harmonii.

Memento (2000) Christopher Nolan

Memento (2000) – Christopher Nolan

 

To jeden z tych filmów, które Christopher Nolan, absolwent wydziału literatury angielskiej, które spełniał wtedy jeszcze wymogi kina atystycznego. Łączy dobry, trzymający w napięciu thriller z iście grecką tragedią głównego bohatera gdzie myślą przewodnią nie jest poszukiwanie zabójcy żony głównego bohatera lecz bardziej to, że w świecie wszechobecnej technologii i coraz większej marginalizacji roli człowieka we współczesnym świecie (coraz więcej pomagamy sobie bezdusznymi maszynami). Wprowadzająca muzyka z poslkiego wydania DVD daje podprogowy przekaz widzowi, że mamy do czynienia z wzniosłą (niczym w teatrze) antyczną tragedią toczącą umysł dobrze zbudowanego wówczas Guya Pearce’a.

Lenny cierpi na bardzo rzadką przypadłość – pamięci krótkotrwałej. Nie pamięta tego co mówił na początku rozmowy, podważa wszystko i wszystkich, nikomu nie może zaufać, nie wie komu może wyjawić swoje najskrytsze, najbardziej intymne sprawy. Dochodzi do takiej sytuacji, punktu w swoim życiu, że zwierza się ze swojej osobistej tragedii niezbyt ujmującej kelnerce. Udaje współczującą kobiete, która zdolna jest jemu nawet pomóc znalezc zabójce jego żony po czym pluje do jego drinka.

Jego choroba nosi podobne znamiona co swego czasu sprawił w filozofii niemieckiej Imanuel Kant . Podważa wszelkie znane do tej pory autorytety moralne ostoje ówczesnej nauki, wyznacza nowe prawo moralne moralne: ”niebo gwiazdziste nade mną, prawo moralne we mnie”. Ten film to nie już zagadka czy Lenny nie ma jakiejś schizofreni paranoidalnej (co jest bardziej niż prawdopodobne) tylko bardziej fundamentalne, z pozycji reżysera, pytania granice rozumu ludzkiemu i czemu w każdej nawet najmniejszej sytuacji życiowej poddajemy się jego mocy ustawodawczej. To pytanie gdzie my jako ludzi sięgniemy podczas swojej masowej ekspansji wszechświata. Czy aby w tym szale zdobywania, osiągania, nie zabrniemy w końcu w ślepy zaułek i nie zatracimy całkowicie cech ludzkich popądając w obłęd?

Istotne jest, w kontekście odbioru całego filmu, co znajduje się poza ramami czasowymi filmu. Jedno zdarzenie nie powoduje takiego wewnętrznego chaosu jak w przypadku Lennego. Coś musiało się zdarzyć oprócz tej misternej fasady poszukiwania mordercy jego żony? Czyżby to nieznane nam wydarzenie pociągnęło za sobą lawinę nieszczęść skutkując miedzy innymi śmiercią kobiety.

Gatunek filmu (neo – noir) zdaje się wskazywać, że przyczyną całej tragedii jest sam bohater choć nie bez winy są osoby napotkane przez Guya Pearce’a, które najpewniej korzystają z jego nieszczęścia czerpiąc – materialne (Joe Pantaliano) i fizyczne (Carrie Ann Moss) profity. Obydwoje zjawiają się podobnie jak jego objawy – znikąd i tak też szybko znikają.Wydaje się wręcz, że

Specyfika thrillera podać. Siła filmów Nolana polega na tym, że nie są suchym intelektualnym wykładem o meydcznej jednostce chorobowej która swoją historią przynudzjącym widza, a bardziej połączeniem filmu przygodowego z głębią intelektualnych korzeni twórcy jaką literatura angielska gdzie choroba głównego bohatera jest tylko pretekstem do przedstawienia ogromnego uniwersum jakim dysponuje Nolan. Są to: zbłąkanie we współczesnym, atomowym społeczeństwie, ugrtuntowana pozycja finansowa, obsesja na punkcie czegoś oraz nierozliczone relacje z przeszłością. Środowiska w których przebywają bohaterowie filmów Nolana są w większości okupowane przez meżczyzn. Rzadko kiedy znajdzie się w niej miejsce dla kobiety. Sfera emocjonalna w jego filmach jest jakby zastrzeżona jakby zaschnięta rana, której nie wolno zdrapywać. To bardzo czuły punkt w twórczości tego nadwyraz uzdolnionego filmowca jednak nie przeważająca o jego wartości. Nie jest to bardzo męskie kino – jak ma to miejsce w przypadku filmów Michaela Manna – ale to przestrzeń dla człowieka który bryluje między odpowiedzialnym dorosłym, statecznym życiem a pewną frywolnością przypisane dla młodych, rozwydrzonych spragnionych przygód chłopców. Nie ma to nic wspólnego z mitycznym Piotrusiem Panem jeno bardziej wskazuje na to które sfery życia aktywowane są w mózgu Christophera Nolana czyli chęć poznawania świata nawet kosztem wielu wyrzeczeń, ale też tęsknota za majestatem, szacunkiem, powagą wreszcie godnością, tworzenia, inspirowania, przekraczania nowych granic, swoich słabości, lęków i niepowodzeń

Dom na przeklętym wzgórzu (1959) William Castle

To zadziwiające, że w erze przedpotopowej w historii kina kręcono najlepsze filmy. Dotyczy to słynnej ”Złotej Ery Hollywood (podać ile filmów powstawało w ciagu roku, jakie były gaże aktorów, ile oryginalnych scenariuszy zostały zremake’owane po 1980 roku, to w okresie lat 1930-1959 z Hollywood narodziły się talenty m.in Spencera Tracy, Elizabeth Taylor, Edward G. Robinsona) ale i również filmów z gatunku horroru. Inna wrażliwość? To pewne, inny system pracy wpływający na to jak postrzegamy otoczenie w tym sztukę? Racja. Inna technologia? Też. Jednak co najważniejsze inne było zapotrzebowanie na dobre filmy. Teraz w dobie internetu i wszechogarniającego szumu informacyjnego współczesny widz ma podstawowy problem z rozróżnieniem co jest dobre, świetne a co słabe nie godne naszej uwagi. Lokalni królowie to zwykle odpadki z innych mieścin, a autentyczni twórcy tworzą w myśl zasady ”od siebie dla siebie” często zaskakując samych siebie. Te błędne odbieranie filmów znacząco wpływa na to jak filmowcy robią filmy TERAZ a KIEDYŚ.

Kiedyś filmowcy byli też maszynkami do robienia pieniędzy, tyle że filmy robione z myślą o:

a)zarobieniu na siebie b)wypromowaniu nowych nazwisk (w tym reżyserów) c) tworzeniu nowych serii filmowych nie generowały pustych frazesów czy obrazów (bardzo istotna w odbiorze filmu jest scenografia, która sprawnie zrobiona nadaje sens całości) nie tworzyły sztucznych tworów w postaci żałosnych celbrytów nie posiądających za grosz talentu ani nigdy – co ważne podkreślenia – nie były robione na pół gwizdka co obecnie jest niestety częstym zjawiskiem. Każdy szanujący się wówczas reżyser jeśli robił filmy za psie pieniądze starał się wycisnąć najwięcej jak się da, niekiedy nawet poszukując własnej stylu i nowego języka w filmie. To znamienne gdy w w latach powojennych gdy zawsze było ciężko o zdobycie pieniędzy na produkcję filmu praca z ludzmi była wówczas troszkę innego charaktertu niż dzisiaj. Aktorów brano pod konkretną rolę z minimalnymi gażami co w latach 50tych było zjawiskiem powszechnym. To właśnie w tym filmie rozkwitły talentu olśniewająco pięknej Carol Ohmart (swego czasu namaszczona na następczynie Marylin Monroe) oraz dystyngowanego Vincenta Price. Zaangażowanie emocjonalne w rolę było nieco inne niż w obecnych filmach, a i ranga tych obrazów mimo niższej ligi było większa niż współczesnych ambitnych tytułach od poważanych reżyserów.

Co wyróżniałe tamte horrory to to, że tam wielką rolę odgrywała tak prozaiczna i oczywista niegdyś rzecz jak scenografia, zdjęcia czy architektura. W filmach Williama Castle’a było jeszcze coś ekstra. Traktował film jako dzieciecą zabawę, z której zawsze starał się wycisnąć jak najwięcej. Po raz pierwszy w historii w jednym ze swoich filmów dał możliwość wyboru widowni w kinie za ułaskawieniem bądz ukaraniem głównego bohatera w filmie co przyznać trzeba bardzo przykuło uwagę krytyków. Nazywali go pierwszym, jedynym i ostatnim showmanem kina potrafiący łączyć elementy interakcji z opłakanie niskim budżetem oraz zadbać jednocześnie i o produkcję i o reżyserię samego filmu co w owym okresie było nie lada wyzwaniem. Takiej elastyczności nie mógł mu pozazdrościć jedynie Roger Cormam, człowieka odpowiedzialnego m.in za słynnych ”Szybkich i Wściekłych”, ojca chrzestnego takich nazwisk jak Coppola czy Scorsese.

Castle w tym akurat spróbował nowego techniki straszenia ludzi. Taki zabieg był bezprecedensowy w historii kina.

Dom na przeklętym wzgórzu to gra na emocjach napiętych jak struna. 5 zaproszonych ludzi przybywa karawanami do majestatycznego budynku w którym rozegra się walka o 10 tysięcy dolarów. Warunek jest jeden – przetrwać całą noc w tym upiornym, przypominającym piramidę miejscu. Castle jednak nie używam dawnych elementów służących do straszenia widza z filmów takich jak ”Nosferatu” czy ”Golem”. Nie, on raczej bazuje na budowaniu pewnego rodzaju spektaklu, widowiska gdzie główną rolę odgrywają… jego triki. Podczas projekcji filmu ”Dom na przeklętym wzgórzu” reżyser William Castle obmyślił sobie plan by wśród widowni krążył… plastikowy szkielet. Tak to nie żart. Kino w latach 50tych miało kompletnie inną specyfikę niż dzisiaj. To był moment gdzie ludzie powoli przechodzili z nawyku cotygodniowych odwiedzin w kinie do wygodnego fotela w domu gdzie pojawił się telewizor. Kino niskich budżetów było okupowane głównie przez młodych ludzi do 30 roku życia. Oni stanowili weryfikację takich nazwisk jak Roger Corman czy William Castle. To był ciężki okres dla filmowców z okrojonym budżetem. Wymagało to od nich niesłychanej elastycznośći, pomysłowości oraz organizacji czasu. Corman konsekwentnie od 1955 roku produkował średnio 7 filmów na rok, a jego rekord życiowy stanowi ”Sklepik z horrorami” nakręcony w 2 dni i jedną noc. Jak to się odbiło na jakości skończonego produktu? Raczej korzystnie, bo filmowcy działali pod olbrzymim pręgierzem olbrzymiej odpowiedzialności i gdyby im nie wyszło w latach ich dojrzałości filmowej (zaznaczmy, że owa dojrzałość przypada na mniej więcej 40 rok życia) to pozniej nie mieli by szans zaistnieć. To dotyczy nie tylko burzliwego okresu w latach 50tych bo podobnie z nożem na gardle działał chociażby Darren Aronofsky.

Horror Williama Castle’a polegał na jak precyzyjnym oddaniu atmosfery napięcia, nieufności wśród uczestników gry, w której nie wiadomo kto miał tak na prawdę zginąć.

One step beyond (1959-1961) Merwin Gerard

Czego oczekujemy od filmów nazywanych horrorami? Czy poprzez kolejne dekady wraz z rozwojem technologii nie zatraciliśmy poczucia wrażliwości? Czy poprzez oglądanie horrorów nie odreagowujemy ubocznych skutków dnia codziennego?

Adoptowanie własnych irracjonalnych lęków, fobii czy może wreszcie odkrycie czegoś nowego w samych sobie bądz w otaczającym nas świecie? Czy ambicją widza było przyjrzenie się dokładniej co tak właściwie wywołuje u niego lęk oglądając horrory oraz seriale z gatunku science fiction? Wreszcie czy po latach jest w stanie wykrzesać chęć bycia przestraszonym? Czy aby to uczucie nie zostało skutecznie (bądz też nie) zakurzone przez pasmo doświadczeń życiowych i wprowadza nas w złudny stan świadomości całego ciała ludzkiego oraz psychiki. Po latach jedynie co nas wybudza z letargu to ciekawość oraz niekłamana przyjemność wzbogacania się o nowe doświadczenia. Co bowiem robić w świecie gdzie podobno już wszystko odkryto i wszystko powiedziano?

Od początków rasy ludzkiej cechowała nas wręcz maniakalna żądza eksplorowania oraz wyjaśniania tego co nieznane. Praktyki odkrywania nowych światów, kontynentów przyjmowano z wielkim podziwem, ale i były również te rejony życia, które w Biblii uznawano za konszachty z mrocznymi siłami spoza tego świata. Terror niewytłumaczalnego – jak to zapowiadał w jednym z odcinków tej fascynującej serii John Newland -nigdy nie przestawał zajmować umysłów ciekawskich i głodnych wrażeń. Człowiek jako istota rozumna pragnie zrozumienia i porządku we wszechświecie opanowanym przez chaos. Potrzebuje poczucia bezpieczeństwa …a z tego próbuje ich wyrwać właśnie One Step Beyond. I w tym tkwi największa jego siła.

Seriale ze złotej amerykańskiej telewizji gwarantowały to czego z pewnością brakuje dzisiejszej polskiej telewizji (co do tego nie ma nikt żadnych wątpliwości), ale i też prezentowały amerykańską rzeczywistość od tej bardziej szkaradnej strony. Nie było miejsca na ciepłe słowa otuchy i spokojny umiarkowany optymizm wyjścia z kryzysu atomowego bo przedstawiała tematy przy których zgasł nie jeden fałszywy amerykański uśmiech. One step beyond idzie krok dalej. Nie tylko przyciemnia światła nadziei w naszych domach, ale i też puka do głębokich zakamarków naszej duszy. A to w przypadku Stanów Zjednoczonych, kraju niezbyt mocno rozwiniętego jeśli chodzi o rozwój duchowy człowieka było przypadkiem bez precedensu.

Przeciętny amerykanin był podobnie jak bohaterowie poszczególnych odcinków (wystąpili m.in. Charles Bronson, Christopher Lee czy Warren Beatty) zaaferowany do tego stopnia codziennością, że nie potrafił dostrzec rzeczy powszechnie uważanych za nietykalne. Amerykańska klasa średnia lat 60tych XX wieku nie miała większych ambicji prócz jednego urlopu w ciągu roku dlatego takie wyzwanie intelektualne proponowanie przez Johna Newlanda było czymś wobec czego nie można było przejść obojętnie. Motyw zwierzęcego przetrwania w przyrodzie był czymś co w latach zimnej wojny rozpalało do czerwoności uśpione umysły amerykanów. To był także narodowy test na to ile przyjąć skostniałe intelektualnie amerykańskie społeczeństwo. Wybudzał się ze snu nieświadomości w najmniej przechodził w stan hipnozy.

Serial nie tylko odważnie podejmował tematy powszechnie uważane za niepotrzebne nikomu, ale i również agresywnie dopominał się o uważne przyglądanie się temu co dzieje się na ekranie. Każdy bowiem z odcinków wzbudza wątpliwość, która z czasem wprowadza człowieka w stan oblężenia co stawia go w pozycji jednoznacznej – walczysz albo giniesz. Koniec każdego z odcinków potwierdza zdanie prowadzącego, że żadnej historii nie można zanegować ani też wytłumaczyć.

Te pojedyncze historie konfrontowały zwykłych ludzi z ich osobistymi, ale i też narodowymi dziwami. Wzywały do walki a tej podejmują się zwykle tylko ludzie odważni. Serial o zjawiskach paranormalnych nagle przybrał nieco inny pełniejszy wymiar. Zjawiska nadprzyrodzone były bowiem pretekstem do zadania pytania o wiele bardziej interesującego niż teleportacja czy samozapalenie. Ta walka, która odbywa się w każdym z odcinków rozgrywa się o zainteresowanie pozamaterialnym światem (który przez sceptyków uważany jest za pseudonaukę) ale i też sumieniem ludzi. Nieprzypadkowo poszczególnymi historiami kierują z reguły negatywne emocje jak poczucie winy (The Anniversary of Murder), nuda (The Secret) czy nerwowość (Echo). Korzeni tych lęków należy jednak doszukiwać się dużo głębiej i do tej gry zaprasza właśnie John Newland serwujący złowieszcze uśmiechy po skończonej historii. Lęki z lat ubiegłych lat bowiem nie zmieniły się, jednak spryt zguby polega na tym, że pewne niewyjaśnione zjawiska miały miejsce tak dawno, że obrosły legendą (w co wierzy zapewne większość widzów tego serialu). Baudelaire wspomniał kiedyś, że największym sprytem diabła jest to, że ludzkość uwierzyła w jego nieistnienie. Podobny, demoniczny wymiar ma strach niewidzialny na ekranach naszych tv. Zródła tego strachu należy szukać w tym co co nie ma pojedynczego kształtu. Strach wzrasta wraz ze świadomością wymiaru katastrofy z jaką mieli styczność bohaterowie (strach przed zbliżającym się końcem epoki, pokolenia w którym widzimy świat czy metafizyczny strach przed odkryciem swojej własnej natury). Metafizyczny poziom niepokoju wzmaga praca montażu która zaburza czasoprzestrzeń tworząc ze zwykłego bohatera zjawę a widza wprowadza w wielkie zakłopotanie. Komórka filmowa stała się łącznikiem między tym naszym widzialnym światem a tym co nadprzyrodzone. Najlepiej to widać po odcinkach zajmujących się tematyką teleportacji gdzie pod znakiem zapytania jest stawiane zjawisko które widzieliśmy jeszcze kilka minut wstecz.

Prowadzący program John Newland – jest materialnym przykładem tego że rzeczywistość (składająca się z czasu i przestrzeni) płynnie łączy się z chaosem niewytłumaczalnego.

Technika przenikania gospodarza do świata zrekonstruowanych wydarzeń była czymś nowatorskim w czasach złotej ery amerykańskiej telewizji (pozniej z tego reporterskiego stylu korzystał m.in. Woody Allen) John Newland nie tylko zapowiadał odcinek serii, ale niekiedy rozmawiał z ludzmi, którzy przeżyli te historie co miało jeszcze bardziej zaakcentować niezwykłość tych opowieści. Eksploracja niezbadanych przez człowieka terenów przybiera charakter kosmicznej ekspedycji ale i też moralnej odnowy. Pamiętać jednak należy, że to nie był tak powszedni serial o zjawiskach paranormalnych jak ”nasz” ”Z Archiwum X”. Nic bardziej mylnego. Wyobraznia zwykłego człowieka była nieco bardziej elastyczna niż dzisiejszego człowieka internetu.

Pytanie stawiane przez gospodarza programu Johna Newlanda – czy możemy wykorzenić ze swojego jestestwa strach, niepewność, niepokój zdaje się przybierać znacznie mroczniejszy wymiar niż historie przedstawiane w poszczególnych odcinkach. My jako ludzie, skazani jesteśmy na klęskę niewiedzy oraz ciągłego niepokoju w trwającym nie wiadomo jak długim pobycie na ziemi by w końcu zrozumieć, że człowiek był, jest i będzie najbardziej fascynującą ale i też najbardziej przerażającą częścią tego świata. Tylko czy aby to nie my przypadkiem stanowimy jedynej wadliwej części wszechświata?

Fritz the Cat (1972) Ralph Bakshi

To czego poszukuję w filmach animowanych – teraz mając 29 lat – i kiedyś gdy wracało się z podstawówki na gorący obiadek i wielogodzinną sesję z Cartoon Network to przede wszystkim wulgarna prostacka przemoc i ohydne, antypatyczne postaci posiadające brudne zęby, niedomyte pachy i brak perspektyw na normalne życie. To jeden z warunków na które składają się elementy by być dobrym charakterystycznym filmem animowanym. Sukces Simpsonów, South Parka i pozniej Family Guya zdaje się to potwierdzać. Amerykanie na przełomie wieków mieli dość Marvelowskich superbohaterów posiadających super moce, ewangelistów marzeń amerykańskiej młodzieży (?). Nie, temu image’owi sprzeciwili się włodarze stacji Fox serwując zwykłą amerykańską rodzinę z klasy średniej, która podbiła serca fanów na całym świecie. Na czym opiera się fenomen takich seriali animowanych? Ano na tym, że jest bardzo bliski realiów panujących w owych czasach gdzie George Bush senior jest wyśmiewany przez łobuza i nieuka Barta Simpsona, który powoli stawał się wśród młodzieży amerykańskiej większym autorytetem moralnym niż papież czy najwięksi sportowcy XX. Wieku pokroju Michaela Jordana. Bart Simpson to dobry duch ludzi, których nie interesowała walka o karierę czy szacunek innych. Nie, on wyznaczał standardy nowego życia bez większej spiny jak mawiają dzisiejsi młodzi ludzie. Spokojne dostojne bez większych wstrząsów życie to wbrew pozorom pragnienie większości amerykańskiego społeczeństwa. To był przypadek bohatera szkolnego łobuziaka, który w gruncie rzeczy był nieszkodliwy bo wiedział, że prawa ręka nauczyiela (a pozniej w dorosłym życie społeczeństwa) wskaże mu właściwą drogę życia i będzie musiał się do niej dostosować albo dalej brnąć w nieznane, a z tej drogi ….rzadko który wychodzi cało.

Z kotem fritzem jest nieco większy dylemat moralny bo mamy do czynienia z kotem wybitnie antyspołecznym, nadużywającym alkoholu, świadczeń socjalnych oraz nierozgarniętych dziewczynek czyli zdawało by się król przedmieść wielkiej amerykańskiej metropolii pozbawiony złudzeń życia na poziomie wyższych warstw społecznych jak świetny dom, co najmniej reprezentatywna żona, dobrze płatna i szanowana praca. Te atrybuty szanowanego amerykanskiego obywatela wymagają jednak pewnych zachowań do których nie jest zdolny nasz uroczy antybohater, istna wymiocina społeczna. Nie godzi się na kompromisy we współżyciu, nie potrafi pogodzić się z tym, że mógłby coś dać od siebie innym. Fritz to łajza, ale i też smutna refleksja nad tym, że w tym nudnym, pospólskim życiu uczestniczą ludzie z zewnątrz, będący nie jako sędziami czy też wzorami do naśladowania dla młodego kota. Oni mówią jemu jak mają życie, oni mają receptę na udane i szczęśliwe życie. Wreszcie oni piją, ćpają, zdradzają żony i złorzeczą.

Właściwie rzecz ujmując postaci żywcem są wyjęte z uniwersum filmu Folwark Zwierzęcy z 1954. Są świnie ubrane w policyjne mundury (symbolizujące gnuśność i opieszałość służb porządkowych), kruki przywdziewający szaty alfonsa posiadający przy tym murzyński glos (świetna charakteryzacja, to trzeba przyznać), zaćpane chorowite króliki łudząco imitujące sceny z filmu Easy Rider i inne.

Rzadko kto jednak wspomni, że ta wulgarna bajka jest ekranizacją twórczości znanego amerykańskiego rysownika (dość namiętnie flirtującego ze środkami psychodelicznymi) Roberta Crumba. To właśnie w jego komiksach kobiety mają gigantycznych rozmiarów uda, nogi, posladki i biust. Oprócz to kobiety dominują nad mężczyznami fizycznie i psychicznie. Uniwersum tego kontrowersyjnego rysownika przepełnione jest przemocą, seksem oraz tanimi używkami, które niejako symbolizują Amerykę lat 60tych gdzie nuda oraz brak perspektyw na lepsze życie upodlają nawet najwybitniejsze jednostki. Receptą na ten szklany, iluzoryczny świat jest według Crumba wyobraznia do ktorej nie każdy z normalnych obywateli ma czelność ją pobudzić. Przesłanie płynące z tej ciekawej animacji mówi jasno i wyraznie klasie średniej Ameryki lat 60tych -nie wyłączajcie telewizorów, idzcie na wybory i nie zadawajcie durnowatych pytań. Oczywiście w odpowiednich proporcjach.

Komentarze na pewnym portalu internetowym potwierdzają moją tezę, że ludzie patrzą na film, ale nie widzą tego co powinni widzieć (co dosć ładnie komponuje się z moim poprzednim zdaniem) Nie widzą jak dopracowany technicznie jest to film, jak istotną rolę odgrywa życie aktora z postacią, którą grą, wreszcie nie potrafią własnymi słowami powiedzieć o czym właściwie mówi konkretny film bo widzą tylko: a) akcję b) znakomitą badz słabą aktorską (ale nie potrafią tego zupełnie zaargumentować (!!!) c) oryginalność d) odzwierciedlenie myśli pisarza. Film (dotyczy to niestety także innych dziedzin sztuki) jest obecnie traktowany jak kebab z pierwszej lepszej knajpy. Wydajesz 12 zł i ma być dobry. Nie ważne jak jest podany, czy mięso jest dobrze przypieczone, czy nie ma za dużo uwalonego sosu. Ważne by smakowało. I tak jest z filmem Kot Fritz, który zarobił – uwaga uwaga – 25 milionów dolarów w samych Stanach Zjednoczonych a na świecie 90. Można by się sobie zadać pytanie: jak tam demoralizujący młodzież bez krzty przesłania film mógł osiągnąć tak gigantyczne zyski? Otóż mógł i to z bardzo prostej przyczyny.

”The Comedy” (2012) Rick Alverson

Postać głównego bohatera to właściwie wizerunek współczesnego 30 latka, pełnego zwątpienia i cynizmu. To człowiek postmodernistyczny, człowiek XXI wieku, który już dawno temu przestał wierzyć w relikt ubiegłego wieku – drugiego człowieka.

Po kolejnych falach zwątpienia, od słynnej deklaracji Fryderyka Nietzschego o śmierci Boga w XIX wieku do gwałtownych przemian społecznych w latach 60tych XX wieku gdzie rodził się feminizm, ludzkość w nowym Millenium musi zmierzyć się z kolejnym ogromnym wyzwaniem – brakiem nie tyle samej wiary (jej są jako takie zgliszcza w niektórych rejonach świata, ale jednak są ) ale samej duchowości czyli pogłębionej refleksji na tym czy człowiek w świecie multimedialnym ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie i jeśli tak to czy mamy szansę o tym się przekonać w czasie naszej ziemskiej egzystencji?

W erze mechanicznych odruchów (czego dowodem są bazujące na prymitywnym impulsie żarty znudzonego i zmarłego w środku młodego milionera) i ciągłej nieskrywanej tęsknoty za hasłem pokolenia yuppie ”szybciej, mocniej, więcej” powoli zakrywamy w sobie to czego się wstydzimy.

W ”Słodkim życiu” Fellini wykpiwa celebrytów w sposób orkiestralny, huczny pełny wrzasku i skandali. W ”The Comedy” rozgoryczenie życiem bez kłopotów ma swoje miejsce w podrzędnych mieszkaniach w niezbyt dobrze sytuowanych dzielnicach. Zaczynamy powoli chować swoje problemy coraz głębiej, stajemy się coraz bardziej intymni, ale przez to stajemy się bardziej nadzy. Ta intymność ma jednak mroczniejsze oblicze niż w filmach Felliniego. U słynnego włoskiego reżysera ludzie nie wstydzą się popełniać błędy, kochać, nienawidzić, łgać, po prostu żyć. U Alversona jest to podszyte mechanicznym przymusem, jakby ktoś kazał mu żyć. Bohater Alversona to człowiek naszych czasów, pełen arogancji oraz zawiści, którego jedynym pocieszeniem w przebiegu ciągłej mdłej egzystencji wydaje się być dopieczenie murzynom z Williamsburga i to też dopiero po odpowiedniej dawce alkoholu.

To już nie murzyn na posyłki jak główna postać z powieści Roberta Musila ”Człowiek bez właściwości” pozbawionego rozumu oraz tożsamości. To persona mająca rozum i tożsamość jednak nie potrafiąca zdać sobie sprawy co z nimi należy uczynić. Ma kolegów, ma pieniądze oraz mnóstwo czasu na imprezy czyli wszystko to co powinno zadowolić osobnika o konsumpcjonistycznych zapędach. Nie ma po co wychylać się ponad poziom hamburgerowca bo przecież dorosłe życie to jedno wielkie rozczarowanie oraz pasmo nieszczęść.

Śmiech w tym filmie ma kwaśny smak. Nie ma w nim wartość odżywczych czy też nie stanowi formy autoterapii. Ta głupkowata fanaberia nie ma w sobie nawet cienia młodzieńczej fantazji, szczerości. Raczej tylko pogłębia bydlęce oblicze człowieka bez… egzystencji.

To także obraz smutnego triumfu rozumu nad emocjami. Młode pokolenie z każdą kolejną generacją staje się coraz bardziej świadome tego co ich w dorosłym życiu czeka a przez to popada w odmęt egoizmu i pazerności, z którego nie ma już szans wydorośleć.

”Highway dragnet” (1954) Nathan Juran

Sycylijczycy w pierwszej połowie XX. wieku nie mieli możliwości wspinania się po kolejnych szczeblach kariery w hierarchii społeczeństwa amerykańskiego. Doskonale zdawali sobie sprawę, że nic prócz ciężkiej pracy nie zostało im w tym życiu. Spłacali kredyty, zakładali rodziny, słowem zostali zbilansowani do typowego życia klasy średniej w USA. Niektórzy jednak poszli krótszą ścieżką życia i wybrali drogę kryminalną co akurat było w smak sfrustrowanej klasie robotniczej tamtych czasów. Wyniki sprzedaży filmów noir w których główną rolę odgrywali anty bohaterowie jednoznacznie pokazywało, że kino przestaje być niewinne niczym dziecko i zaczyna być poważną odpowiedzią na trudne czasy w jakich przyszło żyć większości amerykańskiego społeczeństwa po II wojnie światowej.

Te obrazy były sumieniem powojennych Stanów Zjednoczonych co dla producentów stanowiło nie lada zagadkę. Oto nagle po okresie wzajemnej adoracji oraz budowania ogromnego prosperity nadchodzi czas smutku, refleksji oraz egzystencjalnego niepokoju coraz większej rzeszy ludzi. Po raz pierwszy także w historii kinematografii filmy z pesymistyczną wymową bez happy endu tak wielu przyciągnęło odbiorców mimo iż w show biznesie pokutował mit, że nic co zmusza do myślenia nie przekuwa się na sukces finansowy.

Noir staje się naturalnym duchowym następstwem wielkich zawirowań społecznych po okresie II wojny światowej. Wszechobecna nędza, podejrzliwość innych oraz chciwość najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi stają się koszmarem na jawie zwykłych ludzi. Odtrutką były zwykle papierosy oraz alkohol, a w sztuce właśnie film gatunku noir. Owe filmy kwestionują dotychczasowe amerykańskie świętości w zamian pozostawiając otwartą przestrzeń dla nas odbiorców, ale chyba jednak przede wszystkim dla następnej generacji, która powinna rozliczyć się z przeszłości stanowiącą clue całego gatunku. Anty-bohaterowie tych czarnych kryminałów są duchowi protoplastami takich filmów jak ”Badlands” Terrence’a Mallicka czy ”Midnight Cowboy” Johna Schlesingera. To ludzie bez przyszłości, którzy znajdą sobie miejsce w każdej generacji. Przegrali życie nie z własnej winy, ale bardziej z tego w jakim stanie było ówczesne amerykańskie społeczeństwo pełne zawiści oraz braku tolerancji dla innych.

Noir ma jednak nie tylko pesymistyczny aspekt. Kino w końcu zaczęło pełnić funkcję zwierzchnika ludzkich dusz. Ludzie zaczęli wierzyć w końcu w coś nierealnego a tym nierealizmem był właśnie film. Gdy upadły ostatnie bastiony nadziei udręczonej problemami dnia codziennego klasy robotniczej USA jak kościół katolicki czy kozetka u psychiatry obywatel musiał znalezć pewien azyl w którym mógł poczuć się potraktowany w końcu poważnie, bez mydlenia oczu. To gatunek noir był wyznacznikiem smaku oraz dobrego taktu. To tutaj wstawiano się za niesłusznie osądzonymi (podobnie jak w wielce teatralnych dramatach Sidneya Lumeta) i przedstawia rzeczywistość z bardziej kompleksowej perspektywy używając często bardzo dosadnych form wyrazu. W noir po raz pierwszy nie uciekano od poważnych kwestii politycznych i filozoficznych dlatego można uznać ten gatunek za najważniejszy w historii całej amerykańskiej kinematografii oraz jeden z najważniejszych w przekroju całej świata, trwale odciskający swoje piętno na kolejnych pokoleniach młodych filmowców.

Pod koniec lat 40tych zapoczątkowane zostało tzw. kino drogi (Thieves Highway, Highway 13, Highway 30) otwierało przestrzeń dla filmu do tej pory niedostępny. Zaczęła otwarcie krytykować ówczesną kulturę oraz piętnować mity dotąd mocno podkreślane przez piewców amerykańskiego snu jak George Cukor czy Frank Capra co przekuło się m.in. na technikę kadrowania postaci. W filmach propagujących amerykańskie wartości na pojedynczych kadrach widać w jednym ujęciu przynajmniej 3-4 postaci będące wobec siebie moralnie oraz materialnie równe. W filmach spod flagi noir nie ma czegoś takiego. Jest jedna wiodąca postać (prawie zawsze mężczyzna) która stoi w kontraście względem innych. Jest przeklęta przez społeczeństwo co podkreślają bardzo medialne tytuły filmów (np. ”He walked by night” czy ”The Postman always rings twice”). Wewnętrzny niepokój jednostki walczącej o przeżycie komponuje się z bardzo dynamicznymi kadrami otoczenia prezentowane często z pozycji auta czy nieco bardziej wyszukanych technik kinetyki ciała postaci.

Ten dynamizm towarzyszy również filmowi ”Highway dragnet” gdzie ciało fizyczne staje się świetnym narzędziem w walce o słuszność swoich racji.

”Highway dragnet” to przede wszystkim kino drogi w którym uwagę skupia główny bohater ( w tej roli zabójczo grozny Richard Conte) ucieka niczym dzika zwierzyna przed wymiarem sprawiedliwości porywając przy okazji 2 kobiety. Były wojskowy aby dociec swoich racji musi skorzystać z tego co dała mu natura (świetnie wysportowane ciało) oraz charakteru drobnego cwaniaczka, który wie gdzie i jak się zachować by przetrwać w nieprzyjaznym otoczeniu. Jest zdesperowany i zdeterminowany w osiągnięciu celu tak jak emigranci w USA lat 40tych pragnący osiągnąć coś więcej w życiu niż tylko suchy wikt i opierunek. To prosty niewykształcony człowiek wierny przede wszystkim własnemu silnie wykreowanemu instynktowi przetrwania (prawdopodobnie nie ma rodziny ani dzieci). Jest – jak to bywa w filmach gatunku noir – człowiekiem pozbawionym przeszłości – posiadający odpowiednie cechy by nazwać go mordercą. Najpierw nie znajduje zrozumienia u pięknej kobiety spotkanej przy barze pózniej jest nagle aresztowany przez funkcjonariuszy policji by na końcu zyskać sobie kolejnego wroga w postaci porwanej kobiety. Jego ton (prawie, że wydający rozkazy) oraz postawa ciała (będąca w stanie ciągłej gotowości do ataku). To jednak upoważnia nikogo by skazać go bez niczego.

Człowiek bez przeszłości (a co ciekawsze zasłużony dla amerykańskiego narodu bo był w marines) jest wyklęty i nigdzie nie znajduje odkupienia. Na czym polega ta fatalna pomyłka władz by osądzić niewłaściwego człowieka? Prawdopodobnie na tym jak mało humanitarny jest system administracyjny USA gdzie człowiek jest tylko i wyłącznie kolejnym nazwiskiem w gazecie. Nie to jednak jest fundamentalnym pytaniem tego filmu. Zdaje się, że te jest jeszcze bardziej krzywdzące i okrutne dla ludzi jego pokroju. Po co Stanom zjednoczonym potrzebny jest Jim Henry? Przecież w gazetach jest pierwszym podejrzanym a to co robił wcześniej nie ma jakiegokolwiek znaczenia. Społeczeństwo i policja przecież go skazało, gdzie tu ktoś może znalezć pomyłkę? Były marines przegrywa w starciu z władzami, ale moralnie wydaje się być zwycięzcą. Ostatnia scena w której przygrywa kojąca muzyka pełna akceptacji, ciepła i pojednania zdaje się mówić, że ten człowiek w końcu odnajdzie swój kąt i przestanie walczyć. Wróci tam gdzie jego miejsce i korzenie.

Były wojskowy niesłusznie oskarżony przez policję, nękany przez amerykańską administrację i społeczeństwo wygrywa w moralnym starciu z kobietą przeklętą, która sama siebie wykluczyła się z tego społeczeństwa. Jest damą wytworną pełną blichtru oraz pieniędzy co w czasach masowej depresji jest zjawiskiem aż nadto rażącym w oczy. Wnioskować można z tego, że dużo łatwiej można osądzać bez gruntowej analizy nawet człowieka zasłużonego dla narodu amerykańskiego (tak przecież ważnego w owych czasach elementu amerykańskiej kultury) niż gwiazdy z wyższych sfer jak modelka czy projektantka mody. Społeczeństwo amerykańskie w latach 50tych miało jasno określony podział – nikt prócz hrabiowskich korzeni nie miał szans na życie w luksusie tak poszukiwane przez pokolenie ludzi emigrantów pragnących lepszej przyszłości dla swoich dzieci. Emigranci to temat bardzo często poruszany w filmach gatunku noir. Dość powiedzieć, że najlepsze i najbardziej innowacyjne filmy noir pochodzą z rąk autorów mających żydowskie, węgierskie, rosyjskie, greckie a nawet polskie korzenie(Billy Wilder). Owi reżyserzy pod płaszczem głównej historii zmagających się z literą prawa złodziei, cinkciarzy, byłych wojskowych dają sygnał, że w kraju wolności, równości i szans na lepsze dostatnie życie emigranci stoją na przegranej pozycji w stosunku do ich rodowitych amerykańskich kolegów. I nie zmienią tego ani występki dokonane za pomocą pistoletów, kradzieże, rabunki ani nawet pozytywne zasługi. Ktoś w tym życiu musi być przegranym, ktoś musi służyć by kto inny mógł być królem. Takie jest odwieczne prawo natury. Pamięć w tym rozumieniu nie ma najmniejszego znaczenia.

”The Brute force (1947) Jules Dassin

Gdy spoglądamy na złodziei czy drobnych cinkciarzy zazwyczaj jedyne emocje jakie u nas wzbudzają to litość, wstręt. niekiedy także poczucie oburzenia. To grupa ludzi wykluczonych ze społeczeństwa która wybrała takie a nie inne życie. W zasadzie nie powinniśmy się interesować ich losem , ale Jules Dassin właśnie za pośrednictwem skazańców opisuje życie zwykłych ludzi z egzystencjalną batutą. Tu każdy krok ma wymiar metafizyczny i ściśle przydzielone do determinizmu decyzje. Gdy kierownik rozpaczliwie mówi swojemu przełożonemu, że ”to miejsce to całe jego życie” widzimy krystalicznie jasno, że w tym miejscu skazańcami, ludzi wypompowanymi przez zwątpienie nie są tylko sami więzniowie. Każdy poczynając od najwyższego szczebla administracji Alcatraz poprzez kryminalistów kończąc na kucharzach i mechanikach jak te zwykłe muchy na lepie – powolne, chybotliwe ale jednak próbujące. Każde ciało fizyczne obecne na ekranie sprawia wrażenie ociężałego, niepełnosprawnego , kompletnie zużytego i nieprzydatnego dla całego amerykańskiego społeczeństwa. Dobrym zdrowiem fizycznym i trzezwością umysłu wyróżniają się tylko 2 persony – więzień Joe Collins oraz kierownik strażników Munsey. Reszta wydaje się być obezwładniona przez brutalną siłę natury w którym rządzi inteligencja i wyobraznia. Przegrywają naiwniacy, marzyciele, nieudolni lekarze oraz dawni wojskowi walczący o swój kraj. Każdy ugina kark pod przed odwiecznym prawem życia doczesnego – dostąpienia tego na co naprawdę zasługuje. I tak sadystyczny naczelnik przejmuje władzę nad całym więzieniem po to tylko by jego żadzą niszczenia innych została w końcu zaspokojona. Dawny gangster mimo, że z czułym sercem do kobiety która rzeczywiście kocha musi uznać wyższość przypadku nad misternie zaplanowanym przypadkiem, a ”rzeznik” lekarz nie znajdzie ukojenia do końca swoich pracując w zakładzie przez niego znienawidzownym bo jak mówi ”nikt stąd nie wyjdzie”. Ta dantejska wizja życia na ziemi ma jednak uzasadnienie tylko dla osób niepogodzonych ze swoim losem, głupio podążającą ścieżką swojego buntu. W filmie Julesa Dassina kroczenie własnymi, niezbadanymi ścieżkami jest dla człowieka nie tyle głupie co po prostu niebezpieczne. Ludzie, którzy zdejmują odpowiedzialność za własne życie i czyny zazwyczaj przegrywają i tracą wszystko co mają popadając przy tym w alkoholizm (lekarz) czy przestępczość (Joe Collins) albo zwykłe zezwierzęcenie (Munsey).

Reżyser znany m.in. z innowacyjnego pomysłu zaangażowania zwykłych ludzi zamiast zawodowych aktorów w jednym z najgłośniejszych filmach tego gatunku czyli ”Nagie miasto” był wpisany na słynną czarną listę Hollywood walczącą z osobami sympatyzującymi z czerwonymi ”siłami zła”. Dassin podzielał poglądy polityczne z komunistami jednak wycofał się nagle z tego gdy Rosja podpisała umowę z hitlerowskimi Niemcami.

Ta polityczna zaszłość odbija się szerokim echem w ”The Brute Force”. Obrazy rozwścieczonej niewykształconej czerwonej masy bez prawa do godnego życia wyraznie mówią o niezadowoleniu z rządzącej klasy politycznej (symbolem jest w tym filmie Munsey, wpatrzony w siebie narcyz, który kompensuje swoje nieudane życie prywatne nienawiścią do biednych i zniewolonych więzniów) a przedstawiona tu Sartre’owska koncepcja ludzi dosłownie skazanych na wolność dopełnia ten wizerunek powojennej Ameryki upadłej i upodlonej w której taki emigrant jak reżyser tego dzieła nie ma szans na normalne życie bo jak mówi z brutalną siłą nikt nie wygra. I niech nawet nie próbuje.

Jak można ocenić ten film z perspektywy człowieka zamieszkującego Europę Wschodnią gdzie komunizm był największym łajdactwem jaki znał ten kraj? Niewątpliwie dobrze, ale trzeba mieć na uwadze to, że w naszej szerokości geograficznej kompletnie inaczej odbieramy to co dla jednego człowieka (Julesa Dassina) było ogromnym przeżyciem emocjonalnym a dla nas ludzi z zewnątrz widzimy przede wszystkim (dla większości widzów) kolejną nieudaną ucieczkę z Alcatraz ludzi zasługujących na wieczne zapomnienie. Historia dla każdego z nas jest inaczej postrzegana, ale pewne komunikaty pozostają uniwersalne dla każdego wolnego człowieka i tu należy szukać punktu styczności europejczyka z dziełem Dassina. 

”The Red House” (1947) – Delmer Daves

Kultura amerykańska słynie z obrazkowego postrzegania życia. Kino amerykańskie, powiedzmy sobie szczerze nie jest liderem jakości w filmie światowym. Dużo wyżej cenię sobię kinematografię japońską, a i wyższym uznaniem darzę również tytułu europejskie mimo, że zazwczyaj przegrywają w rocznych bilansach obejrzanych filmów właśnie z dziełami z USA. Czemu tak się dzieje.. z prostej przyczyny. Stany Zjednoczone posiadają 1/3 powierzchni całego kontynentu Ameryki Północnej, historia tego wielkiego narodu nie jest tak bogata jak chociażby Europy czy Azjii a pierwsze zawirowania społeczne o którym można by wspomnieć datuje się na lata 60 XIX. wieku.
Wpływ kina amerykańskiego na resztę świata filmowego był jednak znaczący. Czarnymi kryminały gatunku noir zachwycali się m.in twórcy francuskiej Nouvelle Vague: Jacques Rivette czy Jean Luc Godard. Wpływ amerykańskich westernów z lat 10 i 20tych ubiegłego wieku można dostrzec m.in w japońskich filmach o yakuzie ale i również filmografia Yasujiro Ozu nie jest wolna od tego gatunku kina. Filmy zza Oceanu były poważane, ale niezbyt wysoko stawiane przez czołowych reżyserów Europy i Azji. Dzieła z pierwszej połowy XX. wieku charakteryzowały się przede wszystkim osobnymi małymi historiami podkreślającymi chwalebny mit o amerykańskim porządnym obywatelu albo epickie historie podkreślające potęgę narodu Abrahama Lincolna w wymiarze etycznym ale i także intelektualnym mimo, że wielcy myśliciele i przywódcy pochodzili po drugiej stronie Globu. Filmy z Ameryki cechowało jedno słowo: omnibus. Dzieła które nie przewidują niczego na świecie prócz lokalnych problemów. To ich wada i zaleta zarazem. Nie uplastyczniali postaci do rangi uniwersalnych bo mieli własne nie rozliczone sprawy. Wszelkie filmy nawet z tłem historycznym były pokazem siły amerykańskiej kinematografii. Sztandarowym przykładem jest ”Obywatel Kane” w którym reżyser kadruje główną postać z ”żabiej” perspektywy podkreślając rangę dzieła bądz też przemycając bardzo dosadne obrazy królowania Kane’a nad ogromnymi stosami gazet bądz wielkiego zgromadzenia. W tym imprerialistycznym tumulcie pełnych wigoru oraz narodowej prosperity brakowało jednak w amerykańskim filmie tego za co uwielbiamy filmy europejskie i azjatyckie a mianowicie warstwy emocjonalnej i duchowej. Pomimo szaleńczego liryzmu w narracjach tego typu filmów niestety ale nie było tego czego niektórzy oczekują od filmu – metafizycznej głębi obrazu oraz poetyki człowieka.
Z tym większym aplauzem należy przyjąć dzieło, w którym przyroda odgrywa tak znaczącą rolę jak pózniej bedzie miało to miejsce w przypadku wielkich filmów japońskich jak ”Była jak polna chryzantema” Keisuke Kinoshity czy ”Kobieta diabeł” Kanety Shindo. Przyroda oraz wartości rodzinne to przykrywka dla politycznego przekazu autora ”3:10 do Yumy”. Paternalizm gospodarza domu to nic innego jak ingerencja ”złych sił” w zdrowe, życzliwe, amerykańskie społeczeństwo. Amerykański indywidualizm napędzający gospodarkę światową i stanowiącą afirmację życia wersus stary, przerzuty przez historię system socjalistyczny propagujący kolektywizm, równość i bezpieczeństwo do grobowej deski. Ten cios w stronę czerwonej zarazy (która zaczęła się rok wcześniej gdy po raz pierwszy amerykańskiej opinii publicznej przedstawione zostałt pierwsze nazwiska osób spoufalonych z czerwoną frakcją) był jedną z pierwszych prób naświetlenia ”problemu” bardziej myślącej i zaangażowanej politycznie publiczności. Przekaz nie mógł być jawny bowiem ”komunistami” byli wówczas ludzie odpowiedzialni za powstanie największych wytwórni filmowych.
Centralna postać, Edward G Robinson, tym razem przybierający rolę zastygłego wulkanu emocjonalnego tyranizuje lokalne otoczenie i chroni tajemnicy pewnego mrocznego miejsca, która skrywa prawdę nie tylko prawdę o nim samym, ale i także o tym gdzie powędrował świat. Postawy bronione przez jego siostrę czyli chrześcijańska wiara nadzieja miłość jest skutecznie atomizowana przez materialistyczne podejście Pana domu, który nie wyobraża sobie końca dawnego świata gdzie dzielił i rządził on. Mimo swojej fizycznej ułomności umie kontrolować siostrę, młodą dziewczynę, jej chłopaka ale i także dorosłego, dobrze zbudowanego chłopaka strzegącego wejścia do czerwonego domu. Skąd się bierze wewnętrzna siła gospodarza domu? Czyżby diaboliczna emanacja jednego człowieka nie była powiązana z równie niszczyscielską siła natury, która opiekuje się tytułowym czerwonym domem? Ta imperialistyczna moc jednego człowieka (Robinsona) w ujęciu Delmera Davesa nie powinna na dłuższą metę zagrozić sielskiej typowej chrześcijańskiej amerykańskiej rodzinie bo Ameryka była jest i raczej będzie tylko dla prawych ludzi.
Czerwony alarm bijący zza kulturalnych zaświatów (wszak świat zmienił się diametralnie) nie co ucichł od tamtej pory jednak ryzyko zachwiania równowagi w systemie geopolitycznym jeszcze nigdy nie było tak naglące czego wyrazem są chociażby coraz bardziej poprawne polityczne obrazy z Ameryki.